|
|
|
||||||
Agroturystyka Trzęsacz od wody 150m
Agroturystyka Trzęsacz Bylicka Polecamy nocleg w pokoju 2 osobowy.
Cena 35 os. Obiekt: grill, salon spa, łóżko łaczone 2 osobowe, telewizor, wanna z hydromasażem, kolacje, do wody 900m. Agroturystyka Bylicka - 348226743 Trzęsacz ul.Wójtowska 10 Tematyka: szalony akademik swarzewo hotele nad morzem darłowo świnoujście Prochy sarbinowo
| |||||||
|
|
|||||||
|
Å›cianki dziaÅ‚owe stewia suknie Å›lubneJakie¿ to proste! Rzeczywiscie, czegó¿ ja siê niepokojê! - pomysla³a. - Co mnie to obchodzi? Niech go zabije. Niech go zabije!” - powtórzy³a prawie na g³os i z zaciêta radoscia.
Morawiec szybko zasna³. Z poczatku z³y mia³ sen: rzuca³ siê goraczkowo, szepta³ jakies niedokoñczone s³owa, g³owê mia³ rozpalona, usta szeroko rozchylone ciê¿ko wciaga³y powietrze. Ale powoli jego chrapliwy i przyspieszony oddech stawa³ siê coraz spokojniejszy, wreszcie przeszed³ w równy, odpoczynek dajacy rytm. Jednak ksiadz Siecheñ ciagle jeszcze nie móg³ zdecydowaæ siê na odejscie. Wprawdzie bardzo ju¿ przemarz³, mia³ dreszcze i zmêczenie czu³ coraz wiêksze, ale ilekroæ podnosi³ siê i czyni³ krok w kierunku wyjscia, wydawa³o mu siê, ¿e Morawiec budzi siê. Wraca³ wiêc i choæ zaraz przekonywa³ siê o swojej omy³ce, z powrotem jakby sobie nie dowierza³, siada³ na ziemi. I jedynie pojawiajaca siê od czasu do czasu mysl o Michasiu odrywa³a go od spiacego. Czu³ przecie¿ w sobie spokój, owa ciszê, o która tyle razy siê modli³, lecz która zna³ tak ma³o, i¿ gdy zjawi³a siê, wyda³a mu siê z poczatku czyms bardzo niepewnym, prawie ubogim. Znu¿enie nie pozwala³o mu jednak mysleæ. Ale nie oskar¿y³ siebie, znalaz³ pewna przyjemnosæ w stanie tego trzezwego odrêtwienia. I w pewnej chwili wyda³o mu siê, ¿e to wewnêtrzne milczenie, ta dziwna cisza serca wysuwa ze swojej g³êbi tajemnicze wiêzy i wszystko, cokolwiek na swiecie istnieje, oplatuje i ³aczy tymi znakami. Gdy zamyka³ oczy, szum wiatru odp³ywa³ pod jego powiekami, a w palcach, dotykalna i bliska, ros³a czysta cisza, wie¿a smuk³a i bezszelestna, ogrom pnacy siê ku niebu nieruchomym ob³okiem. Spokój.
Gwa³towne szarpniêcie okiennicy poderwa³o Seweryna na nogi. Wytraconemu tak nagle z leniwego odrêtwienia wydawa³o siê w pierwszej chwili, ¿e ktos piêscia dobija siê do okna. Zawaha³ siê, czy nie powinien wyjrzeæ na dwór i sprawdziæ. Ale gdy podszed³ bli¿ej, nowy ³oskot, który d³ugim dr¿eniem przebieg³ wzd³u¿ sciany, uswiadomi³ mu, ¿e to tylko wiatr.
Rzeczywiscie wichura wzmaga³a siê. Wsród ciemnych nalotów, niby wsród ciagu ogromnych skrzyde³, szum drzew zatacza³ monotonne krêgi, coraz g³êbszymi wirami przenikajac w dygocaca otch³añ. Z odleg³ej czêsci parku dobieg³ krzyk puszczyka. „Noc wo³a!” - usmiechna³ siê Seweryn.
By³o kilka minut po wpó³ do dziesiatej. Zdecydowawszy, ¿e jest ju¿ za pózno na k³adzenie siê, Seweryn na³o¿y³ marynarkê, przeczesa³ starannie przed lustrem w³osy, poprawi³ krawat. „Nie, niczego nie znaæ na mojej twarzy” - upewni³ siê jeszcze raz. Ale ledwie to pomysla³, ogarniajac siebie jednoczesnie uwa¿nym spojrzeniem, uderzy³ go we w³asnych oczach zimny blask, ch³ód, którego nie zna³, a doko³a ust grymas, który zrobi³ na nim wra¿enie obcego. Usmiechna³ siê odruchowo, jak gdyby chcia³ z siebie zetrzeæ tê obcosæ. Jednak grymas nie tylko nie znikna³, lecz jeszcze g³êbsza linia wessa³ siê w rozchylone wargi, nadajac im wbrew pozorom niefrasobliwego przegiêcia wyraz okrutnej po¿adliwosci. Seweryn szybko siê odwróci³. „Ciekawy jestem - pomysla³ - czy to w³asnie to zauwa¿y³ we mnie ten ksiê¿owy smarkacz? Có¿ za g³upstwa! A rêce? Prawda, to znowu ten pijaczyna cos wygadywa³...” Podniós³ wolnym ruchem swoje d³onie do swiat³a: by³y smuk³e, silne, choæ delikatne. Któ¿ to mówi³ mu ostatnio, ¿e sa tak piêkne? Od razu przypomnia³ sobie pewna m³oda aktorkê, z nocnego lokalu na Montmartrze, ma³a Zizi, która nad ranem, pijana, gdy dansing pustosza³, przysiad³a siê do niego i jak pisklê, przytuliwszy mu siê do ramienia swoimi ledwie rozwiniêtymi piersiami, zaczê³a ca³owaæ go po rêkach, i prosiæ, aby choæ na jeden dzieñ zabra³ ja z soba. Obiecywa³a, ¿e nazajutrz sama pójdzie, nie bêdzie potrzebowa³ jej wyrzucaæ. Chcia³a choæ przez kilka godzin nie czuæ samotnosci. Podoba³a mu siê. Odmówi³ jednak szorstko i brutalnie, w sposób, w jaki mo¿emy odpêdzaæ tylko tych, o których wiemy, ¿e im na nas zale¿y. Gdy odchodzi³a zupe³nie ju¿ trzezwa, jej okrag³e, du¿e ciemne oczy by³y pe³ne ³ez. Gryz³a wargi, ¿eby nie rozp³akaæ siê na g³os. W kilka dni pózniej, nie wiedzac, co zrobiæ z wieczorem, zaszed³ do tego samego lokalu i spyta³ o Zizi. Okaza³o siê, ¿e nie ¿yje. W³asnie poprzedniego dnia umar³a w szpitalu: otru³a siê weronalem. Jednoczesnie z tym wspomnieniem zadzwiêcza³a Sewerynowi w uszach melodia, która tego drugiego wieczora gra³a kilka razy orkiestra. By³a to piosenka z filmu „14 lipiec”, walc smutny i spokojny, czêsto niesiony monotonnymi dzwiêkami katarynek po waskich i krêtych uliczkach, pod niebem pogodnym i zasnutym zwolnionymi dymami. Przyæmiono swiat³a, niesmia³a smuga reflektora rozpyla³a na parkiecie srebrzysta niebieskosæ, pary st³oczone jedna przy drugiej ko³ysa³y siê równo i ³agodnie, jak gdyby zaklête na krótka chwilê lunatycznym snem. Od strony baru dobiega³ brzêk szklanek. Seweryn tañczy³ z jedna z miejscowych dziewczyn. Zarzuciwszy mu ramiona na szyjê, nuci³a pó³g³osem piosenkê. „Zna³as ma³a Zizi?” - spyta³. Oczywiscie zna³a. „Biedna!” - powiedzia³a z akcentem tkliwosci w g³osie. Seweryn chcia³ siê dowiedzieæ, dlaczego pope³ni³a samobójstwo. Wzruszy³a tylko ramionami: „Czy¿ to mo¿na wiedzieæ dlaczego? Tego nigdy siê nie wie.” „Kocha³a siê w kim?” - bada³. „Nie, chyba nie - odpowiedzia³a. - To by³a porzadna dziewczyna, na pewno nie mia³a jeszcze kochanka. Mog³abym przysiac, ¿e szuka³a idea³u. A to niedobrze - zakoñczy³a z ¿a³obna powaga. - Tego mo¿na pragnaæ, ale nie trzeba szukaæ...”
„Niczego siê nie szuka - pomysla³ Seweryn - wszystko siê znajduje...” Podszed³ do drzwi i chwilê nas³uchiwa³: ¿aden odg³os nie maci³ w tej stronie ciszy. A wiêc! Wyja³ z szafy ciep³a kurtkê, w³o¿y³ na siebie, wzia³ czapkê, potem z biurka rewolwer i wsadzi³ go do kieszeni. Nagle pomysla³: „W³asciwie, dlaczego ja to wszystko robiê? Po co?” I w tej chwili zda³ sobie sprawê, ¿e powody, które dotychczas wydawa³y mu siê niezwyk³ej wagi, sa w rzeczywistosci sztuczne i nieprawdziwe. Nawrocki? Có¿ mu z tej strony grozi³o? Co wskazywa³o, aby posterunkowy zamierza³ opowiadaæ komukolwiek historiê z Burakiem? Z ca³a pewnoscia wystarczy³o mu, ¿e sam wie. Zatem?
Seweryn z nerwowym pospiechem zacza³ zapinaæ kurtkê. Czu³, ¿e ani chwili d³u¿ej nie wytrzyma w pokoju. Mia³ wra¿enie, jakby siê dusi³. Ale w ciagu paru sekund, których potrzebowa³, aby dojsæ do drzwi, ogarna³ go nagle tak straszliwy niepokój, i¿ uderzony nim zachwia³ siê i ¿eby nie upasæ, musia³ oprzeæ siê o stojace obok krzes³o. W tym momencie straci³ swiadomosæ. Ockna³ siê nie pamiêtajac zupe³nie, co siê z nim dzia³o. Sta³ ciagle w tym samym miejscu, wsparty o krzes³o, którego porêczy uczepi³ siê kurczowym chwytem palców, i chocia¿ ostry kant drzewa bolesnie wpi³ mu siê w cia³o, ba³ siê opusciæ d³oñ. Szum w g³owie parali¿owa³ w nim energiê. Brakowa³o mu powietrza, przymkna³ wiêc oczy, stara³ siê równo oddychaæ. Powoli przychodzi³ do siebie. By³ pewny, ¿e od chwili, w której utraci³ przytomnosæ, up³ynê³o bardzo wiele czasu. Ale gdy spojrza³ na zegarek, przekona³ siê, ¿e wszystko to nie trwa³o nawet ca³ej minuty. „Po prostu zawrót g³owy” - wyt³umaczy³ sobie. Otrzasna³ siê, jakby wyszed³ z zimnej kapieli. „No, dosyæ tego!” - zdecydowa³. Zgasi³ swiat³o i znalaz³szy siê na korytarzu zamkna³ za soba drzwi na klucz. Drogê zna³ dobrze, móg³ swobodnie poruszaæ siê po ciemku. Musia³ zreszta przebyæ tylko kilka kroków, aby znalezæ siê przy drzwiach wychodzacych na ogród. Klucz wisia³ na scianie, mia³ jednak przy sobie drugi zapasowy.
Noc otoczy³a go ciemnoscia i ch³odem. Wiatr szarpa³ mrokiem, k³êby zesch³ych lisci jak rzêsisty deszcz szumia³y.
Chcac uniknaæ spotkania z nocnym stró¿em, Seweryn zaraz z ganku skrêci³ w boczna alejê, aby okra¿ywszy doko³a park dotrzeæ do ma³ej furtki przez nikogo obecnie nie u¿ywanej, a wychodzacej na rozdro¿e u koñca wsi. Podniós³ ko³nierz i ruszy³ szybkim krokiem.
Z poczatku aleja bieg³a wzd³u¿ brzegów Zelwianki. By³a to droga zawsze mroczna i wilgotna, wydana mimo gêstego i wysokiego zadrzewienia na najporywistsze wiatry od pól i ³ak. Teraz ciemnosæ tu le¿a³a nieprzenikniona, a d³ugi rzad klonów, odartych z lisci i bitych sprzecznymi podmuchami, zdawa³ siê coraz s³abiej broniæ przed tym naporem. Chwilami, jak tama przerwana, za³amywa³ siê i wtedy czarne potoki, spienione i gwa³towne, rozdziera³y noc od ziemi do nieba. Chcac jak najprêdzej przebyæ ten odcinek, Seweryn zacza³ biec. Wiatr uderza³ go w piersi, bi³ po plecach, smaga³ twarz. „Ju¿ niedaleko!” - doda³ sobie odwagi. Rzeczywiscie alejê zamyka³ wkrótce nag³y spadek terenu poros³ego niskimi, gêsto poplatanymi krzakami: poczatek mokrade³ wybiegajacych ju¿ poza obrêb parku. Trzeba by³o teraz skrêciæ na lewo, sz³o siê waska scie¿ka, zle utrzymana, ginaca raz po raz wsród gaszczów.
Ale za to bliskosæ muru os³abia³a si³ê wiatru. Doszed³szy do furtki, Seweryn musia³ chwilê poraæ siê z zardzewia³ym zamkiem. Rzadko otwierane drzwi nie³atwo dawa³y siê pokonaæ. Wreszcie po d³u¿szych zabiegach ¿elazna, ciê¿ka p³yta ustapi³a.
Szosa by³a pusta, chaty ju¿ ciemne. Cisza, nawet psy nie ujada³y. Mimo to Seweryn zdawa³ sobie sprawê, ¿e czeka go teraz najtrudniejszy odcinek drogi. Gdyby go ktokolwiek zauwa¿y³... Mia³ jednak wewnêtrzna pewnosæ, ¿e tego uniknie. By³ spokojny. Przyspieszy³ tylko kroku, bowiem zaledwie kwadrans dzieli³ go od dziesiatej. Gdy mina³ zamkniêty szynk Litowki, a potem nieczynny m³yn, poczu³, ¿e ¿adne teraz przeszkody nie moga mu ju¿ przeszkodziæ. Skrêcajac miêdzy op³otki prowadzace do domu Nawrockiego, odbezpieczy³ rewolwer. Wiatr przycich³ na chwilê. Wilgotny zapach ³ak uderzy³ w nozdrza. Gdzies w pobli¿u zaskowycza³ pies, ale zaraz umilk³.
Ju¿ z daleka Seweryn zobaczy³, ¿e w pokoju Nawrockiego pali siê swiat³o Z rezygnacja pomyslalam, ze nie wybrne z tego. Zadawal pytania w sposob bezwzglednie wymagajacy odpowiedzi, mnie zas wychodzilo zupelnie co innego, niz sobie zyczylam. Poddalam sie.
- Niech pan odda te szmate - powiedzialam, wyjmujac mu z reki apaszke Basienki. - zeby potem nie bylo, ze trzymaly pana jakies czynniki materialne. Gdybym chciala wytlumaczyc panu, o co mi chodzi, w sposob zrozumialy i w miare moznosci dyplomatycznie, musialabym gledzic godzine. A przysiegne, ze pan nie ma czasu!
- A gdyby pani sprobowala niedyplomatycznie...?
Niepojetym dla mnie sposobem ruszylismy dalej na te przechadzke razem.
- Dziwie sie, ze chce pan wyjasnic te wszystkie brednie, ktore mi sie wyrwaly - powiedzialam z niesmakiem. - Nie wszystko panu jedno?
- Nie. Jezeli ktos mowi do mnie zaskakujace brednie... Przepraszam, nie chcialem byc niegrzeczny, ale pani sama tak to okreslila... to musze poznac ich przyczyny i cel. Lubie zrozumiec zachodzace wokol mnie zjawiska.
- Bardzo uciazliwe upodobanie. Ma pan za duzo czasu.
- Przeciwnie, mam za malo czasu.
- To co pan, w takim razie, robi na tym skwerku?
- Usiluje wydrzec z pani wytlumaczenie rzadko spotykanej reakcji na odzyskanie zgubionego przedmiotu.
Zdenerwowal mnie ten upor.
- To nie byla reakcja na przedmiot, tylko reakcja na pana - powiedzialam z irytacja. - Co pan sobie wyobraza, ze ja sobie wyobrazam, ze pan nie wie, jak pan wyglada?!...
Jak bylo do przewidzenia, zglupialam do reszty i wyglosilam wszystko to, od czego z najwieksza starannoscia usilowalam sie powstrzymac. Ciezkiej pretensji, nie wiadomo, do niego czy do losu, nie staralam sie nawet ukrywac.
- No dobrze - zgodzil sie. - Zalozmy, ze ma pani racje, chociaz moim zdaniem bardzo pani przesadza. Ale nie rozumiem, w czym pani przeszkadza moj wyglad.
- W czepianiu sie pana - wyjasnilam. - Nie moge sie czepiac czlowieka, ktoremu nosem wychodza czepiajace sie go kobiety. Dla mnie jest pan nieopisanie atrakcyjny w zupelnie innym sensie.
Od tego innego sensu skolowacialam calkowicie, bo uswiadomilam sobie, ze nie moge mu zdradzic ani swoich spostrzezen, ani przyczyn, dla ktorych taki facet jak on jest dla mnie bezcenny. Moja namietnosc do sensacji, zagadek i tajemnic musiala pozostac nieuzasadniona, bo jakze mialam mu powiedziec, ze ja to wszystko pisze, ja nic nie pisze, ja jestem Basienka, uzeram sie z mezem i robie wzory na tkaniny! Nieslychanie trudno bylo go zbic z tematu, na domiar zlego podobal mi sie coraz bardziej, odnosilam wrazenie, ze ja mu sie podobam coraz mniej, sobie podobalam sie rowniez coraz mniej i ogolnie biorac zapadlam sie w jakies grzezawisko umyslowe, z ktorego wydobyc mnie juz nie mogla zadna ludzka sila.
- Z tego, co pani mowi, wynika, ze lubi pani tajemnicze wydarzenia - powiedzial tonem, w ktorym dawal sie wyczuc jakby odcien nagany. Zdziwilo mnie to, a jeszcze bardziej mnie zdziwilo, ze z tego, co mowie, w ogole dla niego cos wynika.
- Lubie - przyswiadczylam. - A pan nie?
- Nie. Nie widze w nich nic przyjemnego. Zazwyczaj bywaja bardzo meczace.
- Mozliwe, ale meczyc sie tez lubie. To sie nawet szczesliwie sklada, bo przez cale zycie spotykaja mnie rozmaite sensacyjne idiotyzmy, nieznosne dla normalnych ludzi. Jest to tak nagminne, ze zbyt dlugi spokoj zawsze mi sie wydaje podejrzany.
- I jeszcze pani malo? Jeszcze ma pani nadzieje na wiecej?
- Oczywiscie! Rozrywek nigdy za wiele, a spokojne zycie odbiera mi inwencje i dobry humor.
- Wyglada pani na osobe, ktorej nigdy nie brakuje inwencji i dobrego humoru...
- Skad pan wie, jak wygladam, skoro widuje mnie pan tutaj po ciemku?
- A skad pani wie, jak ja wygladam? Poza tym wystarczy zamienic z pania kilka slow, zeby rozpoznac pewne pani cechy nawet w egipskich ciemnosciach. Rzadko sie spotyka osoby tak pelne zycia jak pani.
- Mowi pan to w taki sposob, jakby uwazal pan to za gigantyczna wade - zauwazylam krytycznie. - Aktywnosc charakteru zawsze wydawala mi sie zaleta.
- Mnie rowniez. Mozliwe, ze dostrzegla pani w moim tonie pewna dezaprobate, bo mowiac to, myslalem rownoczesnie o sposobach wydatkowania takiej energii i aktywnosci. Sposobach, ktore prowadza niekiedy do dosc ponurych rezultatow...
Mialam wrazenie, ze w kotlujacy sie we mnie chaos wdarlo sie nagle jakies ostrzegawcze swiatlo. | |||||||