|
|
|
||||||
Apartament Hłudno
Polecamy Apartament Hłudno 5 osobowe, 190 zł osoba, poza sezonem 180 zł.
Wypozażenie: kuchenka gazowa, balkon Wyzywienie: śniadania i obiady od plazy 800m disco basen odkryty Hłudno - Żółwia Gerard Majewski - 846804188 Tematyka: rabka zdrój domek letniskowy pensjonat krystyna hotele rzym mechelinki Hłudno kołobrzeg hotele
| |||||||
|
|
|||||||
|
stewia suknie Å›lubne Å›cianki dziaÅ‚oweJakie¿ to proste! Rzeczywiscie, czegó¿ ja siê niepokojê! - pomysla³a. - Co mnie to obchodzi? Niech go zabije. Niech go zabije!” - powtórzy³a prawie na g³os i z zaciêta radoscia.
Morawiec szybko zasna³. Z poczatku z³y mia³ sen: rzuca³ siê goraczkowo, szepta³ jakies niedokoñczone s³owa, g³owê mia³ rozpalona, usta szeroko rozchylone ciê¿ko wciaga³y powietrze. Ale powoli jego chrapliwy i przyspieszony oddech stawa³ siê coraz spokojniejszy, wreszcie przeszed³ w równy, odpoczynek dajacy rytm. Jednak ksiadz Siecheñ ciagle jeszcze nie móg³ zdecydowaæ siê na odejscie. Wprawdzie bardzo ju¿ przemarz³, mia³ dreszcze i zmêczenie czu³ coraz wiêksze, ale ilekroæ podnosi³ siê i czyni³ krok w kierunku wyjscia, wydawa³o mu siê, ¿e Morawiec budzi siê. Wraca³ wiêc i choæ zaraz przekonywa³ siê o swojej omy³ce, z powrotem jakby sobie nie dowierza³, siada³ na ziemi. I jedynie pojawiajaca siê od czasu do czasu mysl o Michasiu odrywa³a go od spiacego. Czu³ przecie¿ w sobie spokój, owa ciszê, o która tyle razy siê modli³, lecz która zna³ tak ma³o, i¿ gdy zjawi³a siê, wyda³a mu siê z poczatku czyms bardzo niepewnym, prawie ubogim. Znu¿enie nie pozwala³o mu jednak mysleæ. Ale nie oskar¿y³ siebie, znalaz³ pewna przyjemnosæ w stanie tego trzezwego odrêtwienia. I w pewnej chwili wyda³o mu siê, ¿e to wewnêtrzne milczenie, ta dziwna cisza serca wysuwa ze swojej g³êbi tajemnicze wiêzy i wszystko, cokolwiek na swiecie istnieje, oplatuje i ³aczy tymi znakami. Gdy zamyka³ oczy, szum wiatru odp³ywa³ pod jego powiekami, a w palcach, dotykalna i bliska, ros³a czysta cisza, wie¿a smuk³a i bezszelestna, ogrom pnacy siê ku niebu nieruchomym ob³okiem. Spokój.
Gwa³towne szarpniêcie okiennicy poderwa³o Seweryna na nogi. Wytraconemu tak nagle z leniwego odrêtwienia wydawa³o siê w pierwszej chwili, ¿e ktos piêscia dobija siê do okna. Zawaha³ siê, czy nie powinien wyjrzeæ na dwór i sprawdziæ. Ale gdy podszed³ bli¿ej, nowy ³oskot, który d³ugim dr¿eniem przebieg³ wzd³u¿ sciany, uswiadomi³ mu, ¿e to tylko wiatr.
Rzeczywiscie wichura wzmaga³a siê. Wsród ciemnych nalotów, niby wsród ciagu ogromnych skrzyde³, szum drzew zatacza³ monotonne krêgi, coraz g³êbszymi wirami przenikajac w dygocaca otch³añ. Z odleg³ej czêsci parku dobieg³ krzyk puszczyka. „Noc wo³a!” - usmiechna³ siê Seweryn.
By³o kilka minut po wpó³ do dziesiatej. Zdecydowawszy, ¿e jest ju¿ za pózno na k³adzenie siê, Seweryn na³o¿y³ marynarkê, przeczesa³ starannie przed lustrem w³osy, poprawi³ krawat. „Nie, niczego nie znaæ na mojej twarzy” - upewni³ siê jeszcze raz. Ale ledwie to pomysla³, ogarniajac siebie jednoczesnie uwa¿nym spojrzeniem, uderzy³ go we w³asnych oczach zimny blask, ch³ód, którego nie zna³, a doko³a ust grymas, który zrobi³ na nim wra¿enie obcego. Usmiechna³ siê odruchowo, jak gdyby chcia³ z siebie zetrzeæ tê obcosæ. Jednak grymas nie tylko nie znikna³, lecz jeszcze g³êbsza linia wessa³ siê w rozchylone wargi, nadajac im wbrew pozorom niefrasobliwego przegiêcia wyraz okrutnej po¿adliwosci. Seweryn szybko siê odwróci³. „Ciekawy jestem - pomysla³ - czy to w³asnie to zauwa¿y³ we mnie ten ksiê¿owy smarkacz? Có¿ za g³upstwa! A rêce? Prawda, to znowu ten pijaczyna cos wygadywa³...” Podniós³ wolnym ruchem swoje d³onie do swiat³a: by³y smuk³e, silne, choæ delikatne. Któ¿ to mówi³ mu ostatnio, ¿e sa tak piêkne? Od razu przypomnia³ sobie pewna m³oda aktorkê, z nocnego lokalu na Montmartrze, ma³a Zizi, która nad ranem, pijana, gdy dansing pustosza³, przysiad³a siê do niego i jak pisklê, przytuliwszy mu siê do ramienia swoimi ledwie rozwiniêtymi piersiami, zaczê³a ca³owaæ go po rêkach, i prosiæ, aby choæ na jeden dzieñ zabra³ ja z soba. Obiecywa³a, ¿e nazajutrz sama pójdzie, nie bêdzie potrzebowa³ jej wyrzucaæ. Chcia³a choæ przez kilka godzin nie czuæ samotnosci. Podoba³a mu siê. Odmówi³ jednak szorstko i brutalnie, w sposób, w jaki mo¿emy odpêdzaæ tylko tych, o których wiemy, ¿e im na nas zale¿y. Gdy odchodzi³a zupe³nie ju¿ trzezwa, jej okrag³e, du¿e ciemne oczy by³y pe³ne ³ez. Gryz³a wargi, ¿eby nie rozp³akaæ siê na g³os. W kilka dni pózniej, nie wiedzac, co zrobiæ z wieczorem, zaszed³ do tego samego lokalu i spyta³ o Zizi. Okaza³o siê, ¿e nie ¿yje. W³asnie poprzedniego dnia umar³a w szpitalu: otru³a siê weronalem. Jednoczesnie z tym wspomnieniem zadzwiêcza³a Sewerynowi w uszach melodia, która tego drugiego wieczora gra³a kilka razy orkiestra. By³a to piosenka z filmu „14 lipiec”, walc smutny i spokojny, czêsto niesiony monotonnymi dzwiêkami katarynek po waskich i krêtych uliczkach, pod niebem pogodnym i zasnutym zwolnionymi dymami. Przyæmiono swiat³a, niesmia³a smuga reflektora rozpyla³a na parkiecie srebrzysta niebieskosæ, pary st³oczone jedna przy drugiej ko³ysa³y siê równo i ³agodnie, jak gdyby zaklête na krótka chwilê lunatycznym snem. Od strony baru dobiega³ brzêk szklanek. Seweryn tañczy³ z jedna z miejscowych dziewczyn. Zarzuciwszy mu ramiona na szyjê, nuci³a pó³g³osem piosenkê. „Zna³as ma³a Zizi?” - spyta³. Oczywiscie zna³a. „Biedna!” - powiedzia³a z akcentem tkliwosci w g³osie. Seweryn chcia³ siê dowiedzieæ, dlaczego pope³ni³a samobójstwo. Wzruszy³a tylko ramionami: „Czy¿ to mo¿na wiedzieæ dlaczego? Tego nigdy siê nie wie.” „Kocha³a siê w kim?” - bada³. „Nie, chyba nie - odpowiedzia³a. - To by³a porzadna dziewczyna, na pewno nie mia³a jeszcze kochanka. Mog³abym przysiac, ¿e szuka³a idea³u. A to niedobrze - zakoñczy³a z ¿a³obna powaga. - Tego mo¿na pragnaæ, ale nie trzeba szukaæ...”
„Niczego siê nie szuka - pomysla³ Seweryn - wszystko siê znajduje...” Podszed³ do drzwi i chwilê nas³uchiwa³: ¿aden odg³os nie maci³ w tej stronie ciszy. A wiêc! Wyja³ z szafy ciep³a kurtkê, w³o¿y³ na siebie, wzia³ czapkê, potem z biurka rewolwer i wsadzi³ go do kieszeni. Nagle pomysla³: „W³asciwie, dlaczego ja to wszystko robiê? Po co?” I w tej chwili zda³ sobie sprawê, ¿e powody, które dotychczas wydawa³y mu siê niezwyk³ej wagi, sa w rzeczywistosci sztuczne i nieprawdziwe. Nawrocki? Có¿ mu z tej strony grozi³o? Co wskazywa³o, aby posterunkowy zamierza³ opowiadaæ komukolwiek historiê z Burakiem? Z ca³a pewnoscia wystarczy³o mu, ¿e sam wie. Zatem?
Seweryn z nerwowym pospiechem zacza³ zapinaæ kurtkê. Czu³, ¿e ani chwili d³u¿ej nie wytrzyma w pokoju. Mia³ wra¿enie, jakby siê dusi³. Ale w ciagu paru sekund, których potrzebowa³, aby dojsæ do drzwi, ogarna³ go nagle tak straszliwy niepokój, i¿ uderzony nim zachwia³ siê i ¿eby nie upasæ, musia³ oprzeæ siê o stojace obok krzes³o. W tym momencie straci³ swiadomosæ. Ockna³ siê nie pamiêtajac zupe³nie, co siê z nim dzia³o. Sta³ ciagle w tym samym miejscu, wsparty o krzes³o, którego porêczy uczepi³ siê kurczowym chwytem palców, i chocia¿ ostry kant drzewa bolesnie wpi³ mu siê w cia³o, ba³ siê opusciæ d³oñ. Szum w g³owie parali¿owa³ w nim energiê. Brakowa³o mu powietrza, przymkna³ wiêc oczy, stara³ siê równo oddychaæ. Powoli przychodzi³ do siebie. By³ pewny, ¿e od chwili, w której utraci³ przytomnosæ, up³ynê³o bardzo wiele czasu. Ale gdy spojrza³ na zegarek, przekona³ siê, ¿e wszystko to nie trwa³o nawet ca³ej minuty. „Po prostu zawrót g³owy” - wyt³umaczy³ sobie. Otrzasna³ siê, jakby wyszed³ z zimnej kapieli. „No, dosyæ tego!” - zdecydowa³. Zgasi³ swiat³o i znalaz³szy siê na korytarzu zamkna³ za soba drzwi na klucz. Drogê zna³ dobrze, móg³ swobodnie poruszaæ siê po ciemku. Musia³ zreszta przebyæ tylko kilka kroków, aby znalezæ siê przy drzwiach wychodzacych na ogród. Klucz wisia³ na scianie, mia³ jednak przy sobie drugi zapasowy.
Noc otoczy³a go ciemnoscia i ch³odem. Wiatr szarpa³ mrokiem, k³êby zesch³ych lisci jak rzêsisty deszcz szumia³y.
Chcac uniknaæ spotkania z nocnym stró¿em, Seweryn zaraz z ganku skrêci³ w boczna alejê, aby okra¿ywszy doko³a park dotrzeæ do ma³ej furtki przez nikogo obecnie nie u¿ywanej, a wychodzacej na rozdro¿e u koñca wsi. Podniós³ ko³nierz i ruszy³ szybkim krokiem.
Z poczatku aleja bieg³a wzd³u¿ brzegów Zelwianki. By³a to droga zawsze mroczna i wilgotna, wydana mimo gêstego i wysokiego zadrzewienia na najporywistsze wiatry od pól i ³ak. Teraz ciemnosæ tu le¿a³a nieprzenikniona, a d³ugi rzad klonów, odartych z lisci i bitych sprzecznymi podmuchami, zdawa³ siê coraz s³abiej broniæ przed tym naporem. Chwilami, jak tama przerwana, za³amywa³ siê i wtedy czarne potoki, spienione i gwa³towne, rozdziera³y noc od ziemi do nieba. Chcac jak najprêdzej przebyæ ten odcinek, Seweryn zacza³ biec. Wiatr uderza³ go w piersi, bi³ po plecach, smaga³ twarz. „Ju¿ niedaleko!” - doda³ sobie odwagi. Rzeczywiscie alejê zamyka³ wkrótce nag³y spadek terenu poros³ego niskimi, gêsto poplatanymi krzakami: poczatek mokrade³ wybiegajacych ju¿ poza obrêb parku. Trzeba by³o teraz skrêciæ na lewo, sz³o siê waska scie¿ka, zle utrzymana, ginaca raz po raz wsród gaszczów.
Ale za to bliskosæ muru os³abia³a si³ê wiatru. Doszed³szy do furtki, Seweryn musia³ chwilê poraæ siê z zardzewia³ym zamkiem. Rzadko otwierane drzwi nie³atwo dawa³y siê pokonaæ. Wreszcie po d³u¿szych zabiegach ¿elazna, ciê¿ka p³yta ustapi³a.
Szosa by³a pusta, chaty ju¿ ciemne. Cisza, nawet psy nie ujada³y. Mimo to Seweryn zdawa³ sobie sprawê, ¿e czeka go teraz najtrudniejszy odcinek drogi. Gdyby go ktokolwiek zauwa¿y³... Mia³ jednak wewnêtrzna pewnosæ, ¿e tego uniknie. By³ spokojny. Przyspieszy³ tylko kroku, bowiem zaledwie kwadrans dzieli³ go od dziesiatej. Gdy mina³ zamkniêty szynk Litowki, a potem nieczynny m³yn, poczu³, ¿e ¿adne teraz przeszkody nie moga mu ju¿ przeszkodziæ. Skrêcajac miêdzy op³otki prowadzace do domu Nawrockiego, odbezpieczy³ rewolwer. Wiatr przycich³ na chwilê. Wilgotny zapach ³ak uderzy³ w nozdrza. Gdzies w pobli¿u zaskowycza³ pies, ale zaraz umilk³.
Ju¿ z daleka Seweryn zobaczy³, ¿e w pokoju Nawrockiego pali siê swiat³o Odpêdza³ pokusê snu, podobnie jak smiertelnie znu¿ony wêdrowiec prze³amuje sennosæ w obliczu niebezpieczeñstwa. Có¿ z tego, ¿e cia³o omdlewa ze zmêczenia, g³owa cia¿y, a powieki same bezsilnie opadaja? Trzeba wiedzieæ, kiedy mo¿na, kiedy wolno spaæ. Pozornie tak ³atwo jest wymknaæ siê nieprzyjacielowi. Zdawa³oby siê: mo¿na go zwiesæ, zmyliæ slad. Pomiêdzy wieczorem a najbli¿szym rankiem jaki¿ rozleg³y le¿y czas! Ka¿dy krok u poczatku wyznacza inna drogê. Tysiac scie¿ek biegnie w g³ab nocy, niknacych, gdy swit zedrze ciemnosci. Ale na ka¿dej wróg jest przy nas, cierpliwie, krok za krokiem da¿ac po naszym tropie. Spojrzeæ mu prosto w oczy, nie zadr¿eæ, nie ugiaæ siê przed jego zdobywcza si³a, to jedno mo¿e ocaliæ. Ale jak wydrzeæ z siebie z³o, które w nas czai siê zawsze wyczekujace, zawsze gotowe do skoku? Jak pochwyciæ wroga, który jest w naszej krwi i w naszych myslach?
Ksiadz Siecheñ klêcza³, skrzy¿owane ramiona wspar³szy o niski sto³ek. Pochyli³ g³owê. Mia³ wra¿enie, jakby mu barki ogromny ciê¿ar przygniót³.
Gdy zapada noc taka, jak dzisiaj, bez granic, wydaje siê, ¿e z³o ca³ego swiata scieka w serce czuwajacego. Doko³a, na bezmiernych obszarach, w niskich chatach wiejskich i dalej, w ludowych kamienicach uciszonych miast spia ludzie zmordowani dniem. Bezbronny t³um. £atwa zdobycz. Któ¿ spi snem sprawiedliwego? D³onie, które jeszcze przed chwila chciwie siêga³y po rozpustê i zysk, dygoca teraz niespokojnie, jak p³omieñ przygnieciony popio³em. Nagie cia³a dysza goraczkowo. Zwarte usta skry³y k³amstwa i kuszace podszepty, powieki zamknê³y pope³nione i przysz³e zbrodnie. Gdzie¿ sa mury mierzone trzcina z³ota?
Wiatr szarpna³ otwartym oknem. Okiennica uderzy³a o szybê. Chlusna³ deszcz.
Ale proboszcz nie poruszy³ siê. Jego oczy szeroko rozwarte zdawa³y siê przebijaæ ciemnosæ. Dra¿a ja a¿ do przepastnego dna. Zwyciê¿aja przestrzeñ. Czas stana³. I przez sekundê, która trwa wieki, wydaje siê klêczacemu, ¿e widzi wszystko, co dzieje siê na swiecie a¿ po jego najodleglejsze krañce. Straszliwa chwila. To jest tak, jakby jakas zas³ona spad³a rozciêta nagle niewidzialna rêka, ukazujac grozna wizjê.
Oto ziemia niezmiernie ogromna, a jednoczesnie tak drobna, i¿ mo¿na ja ramieniem opasaæ, le¿y nieruchoma, sciêta cisza: bezkresna, ruda pustynia, obszary zje¿one czarnymi kamieniami, zastyg³e wody, lasy skamienia³e, miasta puste jak szkielety, a nad tym nieskoñczonym cmentarzyskiem niebo niskie i miedziane. Niebo, którego ciê¿ar przygniata serca spiacych. Ludzie! Widaæ ich cia³a pokotem rzucone na zesch³a ziemiê, jedno przy drugim, nagie i sine, niby nieskoñczony szereg umar³ych. I nagle, jakby na jeden wielki g³os rozcinajacy milczenie od wschodu do zachodu i od pó³nocy na po³udnie, budza siê wszyscy. Ale nikt nie zrywa siê i nie spieszy pos³usznie ku wezwaniu. ¯adne wo³anie mu nie odpowiada. ¯aden szept ani ruch nie targna niewzruszonym spokojem. Piersi le¿acych uderzone niebem zamar³y. To tylko ich oczy szeroko rozwarte oddychaja smiertelna trwoga. Przera¿eniem nie pozostawiajacym miejsca dla nadziei.
- Jestem z wami! - szepce ksiadz Siecheñ. Bo czy¿ nie pêta go niemoc ta sama, która wszystkim na ziemi ka¿e w tej chwili konaæ, lecz nie pozwala umrzeæ? Oto równosæ, o której ludzie nie chca wiedzieæ. Bogactwo staje siê podobne ³achmanom ¿ebraka, w³adza kruszy siê w pora¿onych d³oniach i jak próchno przesypuje przez palce. Ale gdy ranek przywróci ziemi jej kuszacy kszta³t, któ¿ z ¿ywych wyrzeknie siê dobrowolnie z³udnych przywilejów? Kiedy¿ wybije godzina sprawiedliwosci dla krzywdzonych i poni¿anych? Tyle doko³a chciwosci, okrucieñstw, tyle k³amstw i jadu nienawisci i pogardy, i¿ zdaje siê, ¿e nic nie zdo³a zasklepiæ krwawiacych ran. Có¿ mo¿e zmieniæ siê? Tu choæby, na tym drobnym skrawku sedelnickiej ziemi. Dziedzic sedelnicki nie zrzeknie siê bez przymusu swoich rozleg³ych pól i lasów, jak drapie¿ne kleszcze opasujacych doko³a nêdzne ch³opskie zagrody. Grzegorz Litowka nie porzuci strêczycielstwa. Zab³akanej w dalekim miescie Oldze Kukiszów ¿aden g³os nie podszepnie powrotu do rodziców. M³ody Burak, kiedy wyjdzie z wiêzienia, znowu zacznie krasæ. Kierownik poczty nie z³agodzi serdeczniejszym s³owem cierpieñ umierajacej ¿ony. Fiodor Dubrowski, nienasycony swoja m³odoscia, z lekkim sercem porzuci po miesiacu ka¿da dziewczynê. Ile¿ ich jeszcze przyjdzie p³aczacych na niego, jak przedtem przychodzi³y z ¿alami na Siemiona? A Siemion, któremu ju¿ tak niewiele chwil pozosta³o do ¿ycia... A Michas...
Proboszcz zaciska d³onie. Gêste krople potu zwil¿aja mu skronie.
- Najlichszym z lichych jestem, Panie. Tamci nie znaja Ciê, dlatego b³adza. Ale mnie ukaza³es siê, jak wicher wstrzasna³es mna... Da³es wszystko. A có¿ ja dajê?
Jak¿e nêdzny jest plon minionych lat! Có¿ uczyni³ dla ludzi, których mu powierzono? Nigdy nie umia³ znalezæ drogi do cz³owieka. A za to jak czêsto i w jak wielu okolicznosciach czu³ siê intruzem. Tak rzadko udawa³o mu siê prze³amaæ bolesny i upokarzajacy mur, który odgradza³ go od ludzi wtedy w³asnie, gdy chcia³ im siebie ofiarowaæ. A jesli, zdarza³o siê, odnajdywa³ porozumienie, czy¿ by³o ono czyms wiêcej ni¿ przelotnym b³yskiem ukazujacym zaledwie w mglistym oddaleniu, jak ogromne musi byæ szczêscie, gdy zbudzi siê zb³akana duszê z letargu i oczyszczona postawi przed Panem.
Prze¿y³ kilka takich olsnieñ | |||||||