|
|
|
||||||
Apartament Januchta w Nowym Warpnie
Apartament Januchta w Nowym Warpnie Oferujemy noclegi 4 osobowy.
Cena 45 os. Obiekt: centrum rekreacji, baseny, ekskluzywne łózka, sprzęt plażowy, czajnik bezprzewodowy, śniadania, do plaży 2km. Apartament Januchta - 199377037 Nowym Warpnie ul.Jasna Tematyka: dźwirzyno mielno chorwacja apartamenty akademik warszawa dąbki Chyby hotele sopot
| |||||||
|
|
|||||||
|
Å›cianki dziaÅ‚owe stewia suknie Å›lubneNa pamiatkê, ¿e w czasie wojny siê urodzi³),
Dobrze, mój Tadeuszu, ¿es siê dzis nagodzi³
Do domu, w³asnie kiedy mamy panien wiele.
Stryjaszek mysli wkrótce sprawiæ ci wesele;
Jest z czego wybraæ; u nas towarzystwo liczne
Od kilku dni zbiera siê na sady graniczne
Dla skoñczenia dawnego z panem Hrabia sporu;
I pan Hrabia ma jutro sam zjechaæ do dworu;
Podkomorzy ju¿ zjecha³ z ¿ona i z córkami.
M³odzie¿ posz³a do lasu bawiæ siê strzelbami,
A starzy i kobiety ¿niwo ogladaja
Pod lasem, i tam pewnie na m³odzie¿ czekaja.
Pójdziemy, jesli zechcesz, i wkrótce spotkamy
Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".
Pan Wojski z Tadeuszem ida pod las droga
I jeszcze siê do woli nagadaæ nie moga.
S³oñce ostatnich kresów nieba dochodzi³o,
Mniej silnie, ale szerzej ni¿ we dnie swieci³o,
Ca³e zaczerwienione, jak zdrowe oblicze
Gospodarza, gdy prace skoñczywszy rolnicze.Na spoczynek powraca. Ju¿ krag promienisty
Spuszcza siê na wierzch boru i ju¿ pomrok mglisty,
Nape³niajac wierzcho³ki i ga³êzie drzewa,
Ca³y las wia¿e w jedno i jakoby zlewa;
I bór czerni³ siê na kszta³t ogromnego gmachu,
S³oñce nad nim czerwone jak po¿ar na dachu;
Wtem zapad³o do g³êbi; jeszcze przez konary
B³ysnê³o jako swieca przez okienic szpary
I zgas³o. I wnet sierpy gromadnie dzwoniace
We zbo¿ach i grabliska suwane po ³ace
Ucich³y i stanê³y: tak pan Sêdzia ka¿e,
U niego ze dniem koñcza pracê gospodarze.
"Pan swiata wie, jak d³ugo pracowaæ potrzeba;
S³oñce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,
Czas i ziemianinowi ustêpowaæ z pola".
Tak zwyk³ mawiaæ pan Sêdzia, a Sêdziego wola
By³a ekonomowi poczciwemu swiêta;
Bo nawet wozy, w które ju¿ sk³adaæ zaczêto
Kopê ¿yta, niepe³ne jada do stodo³y;
Ciesza siê z nadzwyczajnej ich lekkosci wo³y Maz chodzil po pokoju, szarpiac wlosy na glowie obiema rekami.
- Na pokaz, na pokaz... - pomrukiwal. - Co? Na pokaz...? Czekaj, dlaczego na pokaz?
- Coraz bardziej mi sie wydaje, ze to nie dla ciebie i dla mnie ta maskarada, tylko dla kogos innego. Na co on ci kladl nacisk? zeby jezdzic razem do Ziemianskiego i zebys sie wyglupial w samochodzie. Cos robil w lodzi?
- Nic, zlozylem zamowienie na tafte. Moglem wyslac poczta, ale kazal mi jechac i poogladac...
- No widzisz. A mnie kazali latac na spacery. I robic zakupy. Ktos musial nas widziec...
- Zagladal ci kto w zeby na tych spacerach?
- Nie wiem. Ale debil mi patrzyl na rece... A za kazdym razem, jak jechalismy do Ziemianskiego, ktos tam sie petal. Raz taksowka z pijakiem, raz facet na motorze...
Maz zatrzymal sie przy stole, wypil resztke kawy, popatrzyl na mnie roztargnionym wzrokiem i znow zaczal chodzic.
- Owszem, w tym cos jest - przyznal. - Na pokaz, mozliwe, zeby wszyscy mysleli, ze jestesmy w domu. Ale to nie to, to jeszcze nie to... Tys przedtem powiedziala cos waznego i tak mi jakos zaswitalo... Nie pamietasz, co powiedzialas?
- Rozmaite rzeczy. Najbardziej mnie niepokoi to, ze ukryli wzajemne powiazania...
- Czekaj, czekaj... wlasnie, ze stanowia jedna spolke... Nie, nie to. Ulokowali tu nas zamiast siebie... O, wlasnie! Wladowali tu nas zamiast siebie, podstepnie i pod falszywymi pozorami! Po jaka cholere? Ten dom ma wyleciec w powietrze, czy jak?
Nagla jasnosc eksplodowala mi w umysle. Zrobilo mi sie zimno w srodku i cos mnie zaczelo dlawic.
- Gdzie jest paczka dla kacyka? - spytalam gwaltownie.
Maz zatrzymal sie jak wryty, spojrzal na mnie i znieruchomial z pazurami we wlosach.
- Lezy w moim pokoju. Bo co...?
- Oni przeciez wiedzieli, ze jej nigdzie nie zaniesiemy, prawda? Zostawimy w domu. A jezeli w tej paczce jest cos... Nie mowie zaraz bomba, ale cos szkodliwego... O rany boskie, czy ja wiem, wydziela cos, promieniuje...
W powietrzu powialo przerazliwa zgroza. Maz wyraznie zbladl.
- Rad...? - wyszeptal ochryple. Podnioslo mnie z fotela.
- Nie wiem. Moze wybuchnie i zmiecie z powierzchni ziemi cala te chalupe albo co... Robi sie takie rzeczy, chlopi podpalaja cale wsie, odszkodowanie, tu jest polisa PZU, moze im chodzi o fikcyjna smierc...
Maz odzyskal zdolnosc ruchu. Nie sluchajac dalej moich apokaliptycznych przypuszczen, runal na schody, omal nie wyrywajac drzwi z zawiasow. Rzucilam sie za nim. Wpadlismy do jego pokoju i zastyglismy oparci o biurko, patrzac na lezaca na nim paczke jak na straszliwego, jadowitego gada, chwilowo pograzonego w lekkiej drzemce.
Po krotkiej chwili hipnotycznego transu, tknieci nagle ta sama mysla, rownoczesnie pochylilismy sie nad biurkiem, nasluchujac w napieciu. Nic nie bylo slychac, paczka lezala niejako w milczeniu, nie wydajac z siebie zadnych dzwiekow.
- Bomba powinna cykac... - wyszeptalam niepewnie.
- Ciezkie to jak cholera... - odmruknal maz.
Czas jakis trwalismy w bezruchu, bez slowa, byc moze myslac, chociaz nie bylo to takie pewne. Sluszniej byloby mniemac, iz proces myslenia rowniez ulegl w nas zahamowaniu.
- Co robimy? - spytalam wreszcie dramatycznym szeptem.
- Trzeba sie zastanowic - odszepnal niespokojnie maz. - Chyba musimy to obejrzec...
- Rozpakowac...?
Kiwnal glowa, tepo wpatrzony w upiorny przedmiot, i dalej trwal w bezruchu. | |||||||