|
Zofianka Dolna Lipy Gdynia Mechelinki
|
|
||||||
Akademiki Gąsawy Plebańskie
Proponujemy pokoje 3 osobowy, 60 os.Nocleg:centrum masażu, centrum turystyczne, do wody 50m, śniadania, łazienka, parawan, wanna z hydromasażem, 2 łóżka 1 osobowe,
Pensjonat Zofianka Dolna
Polecamy Pensjonat Zofianka Dolna 5 osobowe, 130 zł osoba, poza sezonem 110 zł.Wypozażenie: barek z alkocholem, aneks kuchennyWyzywienie: kolacjedo wody 1200mdiscosa
Akademiki Lipy
Oferujemy pokoje 5 os, 60 os.Nocleg:centrum spa, centrum turystyczne, do wody 500m, obiadokolacje, telewizor, koc, aneks kuchenny, łózko z dostawka, restauracje.Hellen
Willa Gdynia od plazy 900m
Willa Gdynia Sargowicka Oferta noclegi 6 osobowy. Cena 85 os.Obiekt:salon masazu, centrum urody, łózko z dostawka, radio, kuchenka gazowa, śniadania i obiadokola
Hotel Mechelinki do plazy 200m
Hotel Mechelinki Wyszogrodzka Polecamy wolne noclegi 3 os. Cena 130 os.Obiekt:salon masazu, centrum rekreacji, ekskluzywne łózka, barek, wanna z hydromasażem, ś
| |||||||
|
|
|||||||
|
stewia suknie Å›lubne Å›cianki dziaÅ‚owePoczu³ widaæ ch³ód bo szczelniej otuli³ siê szlafrokiem i d³onie zanurzy³ w rêkawy. Poniewa¿ siedzia³ w pewnej odleg³osci od biurka, krag lampy tylko g³owê jego wy³ania³ z cienia; sto¿kowate sklepienie ³ysej czaszki, twarz drobna i pomarszczona o waskich, zwiêd³ych wargach i z nosem, którego ostry zarys nadawa³ policzkom wyraz ptasiej drapie¿nosci. Spod pó³przymkniêtych powiek zaledwie widaæ by³o zrenice: nik³e, wyblak³e pasemko, nieruchome, uwiêzione, zdawa³o siê, w skorupie woskowej. „To jest mój ojciec?” - pomysla³ nagle Seweryn i ogarnê³o go zdumienie, jakby po raz pierwszy odkry³ nie znana dotad prawdê. Có¿ go w³asciwie z tym smiesznym, zniedo³ê¿nia³ym cz³owiekiem ³aczy³o? M³odosæ, która w sobie czu³, nie mia³a nic wspólnego z tamta przywiêd³a staroscia i sama mysl o prawdopodobieñstwie jakiegokolwiek powinowactwa wyda³a mu siê obra¿ajaca i wstrêtna. Mia³ wra¿enie, ¿e gdyby przez d³u¿szy czas przypatrywa³ siê ojcu, powtarzajac sobie jednoczesnie, ¿e to jest w³asnie ojciec, uczu³by wreszcie do samego siebie nienawisæ. „Gdybym mia³ kiedy tak wygladaæ - mysla³ - wola³bym nie ¿yæ. Có¿ bowiem mo¿e wynagrodziæ podobna wegetacjê, czym¿e siê jest, gdy przestaje siê przyciagaæ ludzi, a w ich oczach zamiast zainteresowania znajduje siê obojêtnosæ? A jednak kiedys... - Seweryn zagryz³ wargi. - Nie, nigdy!”
Wtem Gej¿anowski podniós³ g³owê i jego oczy, z wysi³kiem wy³uskane z woskowego okrycia, spoczê³y na Sewerynie.
- Wiêc chcesz jutro? - powiedzia³. - Dobrze... Zajdz do mnie rano, dam ci pieniadze na drogê.
Seweryn tak by³ przygotowany na odmowê, ¿e szybka zgoda ojca oszo³omi³a go.
- Dziêkujê ojcu - bakna³ zmieszany - ojciec nawet nie wie...
Gej¿anowski skrzywi³ siê cierpko.
- Dobrze, dobrze... Nie wysilaj siê na dziêkowanie. Obejdê siê bez tego, zapewniam ciê. Wiesz, ¿e nie lubiê podobnych scen, zw³aszcza o tak póznej godzinie. No, czas ju¿ spaæ!
Widzac, ¿e ojciec wstaje, podniós³ siê.
- Dobranoc ojcu.
Gej¿anowski zrobi³ kilka kroków w kierunku sypialni, ale przed progiem zatrzyma³ siê i z cienia, spomiêdzy podniesionych ramion dobieg³ jego skrzypiacy g³os:
- Wiesz ju¿ o tym?
Seweryn drgna³.
- O czym? - spyta³ niepewnie Anna nie s³ysza³a skrzypniêcia drzwi. Mimo kilku godzin snu czu³a teraz wiêksze znu¿enie ni¿ z rana po zle przespanej nocy. Obudzi³a siê o wczesnym zmierzchu. Z poczatku, zaskoczona pe³nym, porywistym szumem wiatru, ujrzawszy w g³êbi za oknem zarys p³ota i drzewo o czarnych, gnacych siê ga³êziach, nie mog³a zorientowaæ siê, gdzie siê znajduje. Nie zda¿y³a siê jeszcze przyzwyczaiæ do tej du¿ej, obcej izby tak ró¿nej od pokoju, który ostatnio zamieszkiwa³a. Gdy o podobnej godzinie budzi³a siê w Warszawie, widzia³a przez zmêtnia³a szybê ¿a³osnie obwis³a rynnê, dalej obdrapana scianê pe³na jakichs niepotrzebnych gzymsów i ozdób, wat³ych balkoników i okien przybranych wiotkimi firankami, jeszcze wy¿ej czarny, wilgotny, gêsto po³atany dach, smêtne dymniki uwik³ane w pajêczynowe nitki drutów radiowych, a nad tym wszystkim doskonale zharmonizowany z ca³oscia, w bezruchu zastyg³y, jakby ze starej ilustracji wyciêty p³at nieba. Gdy nadchodzi³ przedwczesny zmierzch brzydkich dni, a drobny deszczyk zacina³ z ukosa, wówczas dymniki szamota³y siê apatycznie, potem z rosnacym mrokiem zapada³ ospa³y spokój, tylko wiatr uwiêziony pomiêdzy murami be³kota³ ptrzyt³umionym oddechem.
Tak w ciagu wielu miesiêcy z¿y³a siê z tym obrazem, ¿e nim zda¿y³a teraz podniesæ powieki, by³a pewna, ¿e taki w³asnie widok narzuci siê jej oczom. Pomysla³a, ¿e bêdzie musia³a zaraz ubraæ siê i wyjsæ na ulicê. Zaczê³a siê nawet zastanawiaæ, czy nie powinna zmieniæ dzielnicy. Mo¿e jeszcze raz spróbowaæ sródmiescia? Mo¿e... Westchnê³a ciê¿ko. Gdyby¿ mo¿na by³o schroniæ siê przed tym wszystkim w sen d³ugi i twardy!
Ale kiedy po chwili zda³a sobie sprawê, ¿e nie jest ju¿ w Warszawie - nie odczu³a ulgi. Dochodzi³a piata. Za godzinê - obliczy³a szybko - powinien przyjsæ kierownik poczty. Znowu bêdzie klaæ dogorywajaca ¿onê... Usiad³a na ³ó¿ku, wsunê³a stopy w rozdeptane pantofle. W pokoju by³o zimno, powietrze przesiakniête wilgocia czyni³o ch³ód obslizg³ym i lepkim. Dr¿ac narzuci³a szlafrok, pamiêtajacy jeszcze lepsze czasy, i podesz³a do toalety.
Spojrzawszy w lustro wzdrygnê³a siê. Nie mog³a patrzeæ na siebie bez wstrêtu i przestrachu. Ostatnich kilka lat zmieni³o ja zupe³nie. Czasami mia³a wra¿enie, ¿e ka¿dy dzieñ, ka¿da noc posuwaja naprzód dzie³o zniszczenia. Nieraz, budzac siê z rana, zrywa³a siê pospiesznie z ³ó¿ka i jeszcze oczy majac zaklejone od snu bieg³a do lustra. Starosæ, nie, to nie o nia chodzi³o. Niedawno przekroczy³a wprawdzie czterdziestkê, ale nie wyglada³a na wiêcej lat. Zmienia³ siê tylko wyraz jej twarzy. Zarys policzków niegdys tak delikatny uleg³ trywialnemu zniekszta³ceniu, usta uk³ada³y siê w przykry, wyuzdany grymas, oczy straci³y wilgotny, miêkki po³ysk. Anna czu³a, ¿e mo¿e teraz pociagaæ tylko natury chore i instynkty znieprawione. Ruchy, g³os, spojrzenia, wszystko w niej obiecywa³o rozpustê. Ile te¿ razy w oczach zaczepionych mê¿czyzn wyczyta³a nietajony odruch niechêci i pogardy. Ile brutalnych s³ów uderzy³o ja po twarzy. Brali ja ci, których twarze by³y napiêtnowane tymi samymi znakami, co i ona. Pêka³y wobec niej wszelkie hamulce, opada³y maski, rwa³a siê w strzêpy uk³adnosæ, brudny k³ab ciemnych po¿adañ wycieka³ z obna¿onych cia³, jak ropa p³ynaca z odkrytej rany, oplatywa³ ja swymi mackami, ch³ona³ i ssa³. Czasami przecie¿ znajdowa³a nieomal zadowolenie w tym ca³kowitym i ostatecznym upadku. Czegó¿ mo¿e od ¿ycia ¿adaæ kobieta, od której nikt prócz krótkiej, nêdznie op³aconej chwili rozkoszy niczego nie ¿ada³? Nic siê ju¿ staæ nie mo¿e. Zanurzyæ siê wiêc w tê otch³añ, dosiêgnaæ samego dna... Z pewnoscia tê w³asnie zgodê na wszystko wyczyta³ w jej oczach Litowka, gdy bawiac przed tygodniem w Warszawie spotka³ Annê na ulicy.
Zdziwi³a siê, ¿e ja pozna³. Nie widzieli siê bowiem od dziesiêciu przynajmniej lat. Stare dzieje ich ³aczy³y. Anna ¿y³a wówczas z Morawcem, stawiajacym pierwsze dopiero kroki na terenie stolicy. Roman by³ m³odszy od niej, mia³ dwadziescia kilka lat, podoba³ siê jej. Pociaga³ zuchwa³oscia, mocnym cia³em, energia i tym nieuchwytnym b³yskiem w oczach, który raz wydawa³ siê cierpieniem, a kiedy indziej okrucieñstwem. Niewiele wiedzia³a o jego przesz³osci, prawdopodobnie burzliwej. Nie zwierza³ siê. Bêdac szczerym, umia³ jednoczesnie byæ skrytym. Czym obecnie zajmowa³ siê - to oczywiscie wiedzia³a. Ale to jej nie przeszkadza³o. Wierzy³a, ¿e nie potknie siê. Pieniêdzy mia³ zawsze pod dostatkiem. Mia³a wiêc spokój, nie potrzebowa³a chodziæ po ulicy. W tym w³asnie czasie zacza³ organizowaæ pierwsza swoja bandê. Pewnego dnia przyprowadzi³ nowego kompana. By³ to Litowka. Przez kilka miesiêcy chodzili na roboty razem i z kilku jeszcze innymi. Wkrótce jednak skoñczy³o siê to wszystko. Po jakiejs grubszej, krwawo zakoñczonej historii, banda Morawca rozpad³a siê. Paru ch³opców wpad³o, dostali po kilkanascie lat ciê¿kiego wiêzienia. O Romanie s³uch przepad³, znikna³ równie¿ Litowka.
Spotka³a go teraz dopiero. Dowiedzia³a siê, ¿e Morawca od lat ju¿ nie widzia³ i w ogóle od dawna, zaraz po tamtej awanturze, skoñczy³ z podobnymi sprawami. Nie mia³ ochoty - wyzna³ - powêdrowaæ na szubienicê albo zginaæ w wiêzieniu. Nie ka¿dy ma szczêscie Morawca. Zreszta i jego szczêscie mo¿e pewnego piêknego dnia prysnaæ jak ³upinka. Osiedli³ siê wiêc na kresach wschodnich. Za pieniadze, które mu przypad³y z podzia³u, wybudowa³ domek i urzadzi³ sklep z wyszynkiem.
Zadowolony by³ ze spotkania. Zaproponowa³ kolacjê. Wstapili razem do baru. Ciagle opowiada³ o sobie. Ale Anna wiedzia³a, ¿e szybko zda³ sobie sprawê z sytuacji, w jakiej siê znajdowa³a. Nie potrzebowa³ pytaæ. By³a ubrana zle, z tandetna jaskrawoscia, wyglada³a niezdrowo; chciwie, choæ stara³a siê panowaæ nad ruchami, rzuci³a siê na gorace jedzenie. Gdy zaproponowa³ jej wyjazd do Sedelnik w wiadomym celu, zgodzi³a siê bez wahania. Nie mia³a nic do stracenia. W Warszawie czeka³ ja tylko g³ód, a w niedalekiej przysz³osci szpital lub ¿ebranina pod koscio³em. Ludzie? Uwa¿a³a, ¿e wszêdzie sa ci sami, jednakowo zli. Wola³a wiêc o tym nie mysleæ, cieszyæ siê raczej, ¿e znajdzie siê na wsi. W pewnym momencie, gdy wyobrazi³a sobie pola i lasy, krajobraz od tylu lat nie widziany, od¿y³y w niej bolesnym szarpniêciem najdawniejsze, rzadko budzace siê wspomnienia. Wychyna³ z mroku czasu dzieñ wycieczki za miasto: niebo pogodne, zapach jasminów, droga ocieniona roz³o¿ystymi kasztanami, ujadanie psów... Ale zanim posród tych migawkowych obrazów zda¿y³a zarysowaæ siê smiejaca twarz Paw³a Siechenia, Anna wsta³a szybko i spyta³a Litowkê: zatañczymy? W jego ciê¿kich ramionach, pod goracym, wódka przepojonym oddechem, znik³y oczy i usta, których wola³a z odleg³osci lat nie wywo³ywaæ.
Zabawili w lokalu do póznego wieczora. Potem, po nocy, która da³a Annie przedsmak tego, co ja czeka w Sedelnikach, wyjechali.
Wies powita³a ja wichura i deszczem | |||||||