Domek letniskowy Wola Prażmowska

Strona główna

Domek letniskowy Wola Prażmowska

Posiadamy Domek letniskowy Wola Prażmowska 5 osobowe, 160 zł osoba, poza sezonem 20 zł.
Wypozażenie: leżak, czajnik bezprzewodowy
Wyzywienie: kolacje

do plaży 750m
plac zabaw
centrum masażu

Wola Prażmowska - Strzelców

Wiktor Madeński - 027565496

Tematyka:
grzybowo
kuznica
ustka noclegi
dziwnow
wypoczynek agroturystyka
Wola Prażmowska pensjonat anna


Polecamy również:

Å›cianki dziaÅ‚owe stewia suknie Å›lubneMaz chodzil po pokoju, szarpiac wlosy na glowie obiema rekami. - Na pokaz, na pokaz... - pomrukiwal. - Co? Na pokaz...? Czekaj, dlaczego na pokaz? - Coraz bardziej mi sie wydaje, ze to nie dla ciebie i dla mnie ta maskarada, tylko dla kogos innego. Na co on ci kladl nacisk? zeby jezdzic razem do Ziemianskiego i zebys sie wyglupial w samochodzie. Cos robil w lodzi? - Nic, zlozylem zamowienie na tafte. Moglem wyslac poczta, ale kazal mi jechac i poogladac... - No widzisz. A mnie kazali latac na spacery. I robic zakupy. Ktos musial nas widziec... - Zagladal ci kto w zeby na tych spacerach? - Nie wiem. Ale debil mi patrzyl na rece... A za kazdym razem, jak jechalismy do Ziemianskiego, ktos tam sie petal. Raz taksowka z pijakiem, raz facet na motorze... Maz zatrzymal sie przy stole, wypil resztke kawy, popatrzyl na mnie roztargnionym wzrokiem i znow zaczal chodzic. - Owszem, w tym cos jest - przyznal. - Na pokaz, mozliwe, zeby wszyscy mysleli, ze jestesmy w domu. Ale to nie to, to jeszcze nie to... Tys przedtem powiedziala cos waznego i tak mi jakos zaswitalo... Nie pamietasz, co powiedzialas? - Rozmaite rzeczy. Najbardziej mnie niepokoi to, ze ukryli wzajemne powiazania... - Czekaj, czekaj... wlasnie, ze stanowia jedna spolke... Nie, nie to. Ulokowali tu nas zamiast siebie... O, wlasnie! Wladowali tu nas zamiast siebie, podstepnie i pod falszywymi pozorami! Po jaka cholere? Ten dom ma wyleciec w powietrze, czy jak? Nagla jasnosc eksplodowala mi w umysle. Zrobilo mi sie zimno w srodku i cos mnie zaczelo dlawic. - Gdzie jest paczka dla kacyka? - spytalam gwaltownie. Maz zatrzymal sie jak wryty, spojrzal na mnie i znieruchomial z pazurami we wlosach. - Lezy w moim pokoju. Bo co...? - Oni przeciez wiedzieli, ze jej nigdzie nie zaniesiemy, prawda? Zostawimy w domu. A jezeli w tej paczce jest cos... Nie mowie zaraz bomba, ale cos szkodliwego... O rany boskie, czy ja wiem, wydziela cos, promieniuje... W powietrzu powialo przerazliwa zgroza. Maz wyraznie zbladl. - Rad...? - wyszeptal ochryple. Podnioslo mnie z fotela. - Nie wiem. Moze wybuchnie i zmiecie z powierzchni ziemi cala te chalupe albo co... Robi sie takie rzeczy, chlopi podpalaja cale wsie, odszkodowanie, tu jest polisa PZU, moze im chodzi o fikcyjna smierc... Maz odzyskal zdolnosc ruchu. Nie sluchajac dalej moich apokaliptycznych przypuszczen, runal na schody, omal nie wyrywajac drzwi z zawiasow. Rzucilam sie za nim. Wpadlismy do jego pokoju i zastyglismy oparci o biurko, patrzac na lezaca na nim paczke jak na straszliwego, jadowitego gada, chwilowo pograzonego w lekkiej drzemce. Po krotkiej chwili hipnotycznego transu, tknieci nagle ta sama mysla, rownoczesnie pochylilismy sie nad biurkiem, nasluchujac w napieciu. Nic nie bylo slychac, paczka lezala niejako w milczeniu, nie wydajac z siebie zadnych dzwiekow. - Bomba powinna cykac... - wyszeptalam niepewnie. - Ciezkie to jak cholera... - odmruknal maz. Czas jakis trwalismy w bezruchu, bez slowa, byc moze myslac, chociaz nie bylo to takie pewne. Sluszniej byloby mniemac, iz proces myslenia rowniez ulegl w nas zahamowaniu. - Co robimy? - spytalam wreszcie dramatycznym szeptem. - Trzeba sie zastanowic - odszepnal niespokojnie maz. - Chyba musimy to obejrzec... - Rozpakowac...? Kiwnal glowa, tepo wpatrzony w upiorny przedmiot, i dalej trwal w bezruchu. Anna nie s³ysza³a skrzypniêcia drzwi. Mimo kilku godzin snu czu³a teraz wiêksze znu¿enie ni¿ z rana po zle przespanej nocy. Obudzi³a siê o wczesnym zmierzchu. Z poczatku, zaskoczona pe³nym, porywistym szumem wiatru, ujrzawszy w g³êbi za oknem zarys p³ota i drzewo o czarnych, gnacych siê ga³êziach, nie mog³a zorientowaæ siê, gdzie siê znajduje. Nie zda¿y³a siê jeszcze przyzwyczaiæ do tej du¿ej, obcej izby tak ró¿nej od pokoju, który ostatnio zamieszkiwa³a. Gdy o podobnej godzinie budzi³a siê w Warszawie, widzia³a przez zmêtnia³a szybê ¿a³osnie obwis³a rynnê, dalej obdrapana scianê pe³na jakichs niepotrzebnych gzymsów i ozdób, wat³ych balkoników i okien przybranych wiotkimi firankami, jeszcze wy¿ej czarny, wilgotny, gêsto po³atany dach, smêtne dymniki uwik³ane w pajêczynowe nitki drutów radiowych, a nad tym wszystkim doskonale zharmonizowany z ca³oscia, w bezruchu zastyg³y, jakby ze starej ilustracji wyciêty p³at nieba. Gdy nadchodzi³ przedwczesny zmierzch brzydkich dni, a drobny deszczyk zacina³ z ukosa, wówczas dymniki szamota³y siê apatycznie, potem z rosnacym mrokiem zapada³ ospa³y spokój, tylko wiatr uwiêziony pomiêdzy murami be³kota³ ptrzyt³umionym oddechem. Tak w ciagu wielu miesiêcy z¿y³a siê z tym obrazem, ¿e nim zda¿y³a teraz podniesæ powieki, by³a pewna, ¿e taki w³asnie widok narzuci siê jej oczom. Pomysla³a, ¿e bêdzie musia³a zaraz ubraæ siê i wyjsæ na ulicê. Zaczê³a siê nawet zastanawiaæ, czy nie powinna zmieniæ dzielnicy. Mo¿e jeszcze raz spróbowaæ sródmiescia? Mo¿e... Westchnê³a ciê¿ko. Gdyby¿ mo¿na by³o schroniæ siê przed tym wszystkim w sen d³ugi i twardy! Ale kiedy po chwili zda³a sobie sprawê, ¿e nie jest ju¿ w Warszawie - nie odczu³a ulgi. Dochodzi³a piata. Za godzinê - obliczy³a szybko - powinien przyjsæ kierownik poczty. Znowu bêdzie klaæ dogorywajaca ¿onê... Usiad³a na ³ó¿ku, wsunê³a stopy w rozdeptane pantofle. W pokoju by³o zimno, powietrze przesiakniête wilgocia czyni³o ch³ód obslizg³ym i lepkim. Dr¿ac narzuci³a szlafrok, pamiêtajacy jeszcze lepsze czasy, i podesz³a do toalety. Spojrzawszy w lustro wzdrygnê³a siê. Nie mog³a patrzeæ na siebie bez wstrêtu i przestrachu. Ostatnich kilka lat zmieni³o ja zupe³nie. Czasami mia³a wra¿enie, ¿e ka¿dy dzieñ, ka¿da noc posuwaja naprzód dzie³o zniszczenia. Nieraz, budzac siê z rana, zrywa³a siê pospiesznie z ³ó¿ka i jeszcze oczy majac zaklejone od snu bieg³a do lustra. Starosæ, nie, to nie o nia chodzi³o. Niedawno przekroczy³a wprawdzie czterdziestkê, ale nie wyglada³a na wiêcej lat. Zmienia³ siê tylko wyraz jej twarzy. Zarys policzków niegdys tak delikatny uleg³ trywialnemu zniekszta³ceniu, usta uk³ada³y siê w przykry, wyuzdany grymas, oczy straci³y wilgotny, miêkki po³ysk. Anna czu³a, ¿e mo¿e teraz pociagaæ tylko natury chore i instynkty znieprawione. Ruchy, g³os, spojrzenia, wszystko w niej obiecywa³o rozpustê. Ile te¿ razy w oczach zaczepionych mê¿czyzn wyczyta³a nietajony odruch niechêci i pogardy. Ile brutalnych s³ów uderzy³o ja po twarzy. Brali ja ci, których twarze by³y napiêtnowane tymi samymi znakami, co i ona. Pêka³y wobec niej wszelkie hamulce, opada³y maski, rwa³a siê w strzêpy uk³adnosæ, brudny k³ab ciemnych po¿adañ wycieka³ z obna¿onych cia³, jak ropa p³ynaca z odkrytej rany, oplatywa³ ja swymi mackami, ch³ona³ i ssa³. Czasami przecie¿ znajdowa³a nieomal zadowolenie w tym ca³kowitym i ostatecznym upadku. Czegó¿ mo¿e od ¿ycia ¿adaæ kobieta, od której nikt prócz krótkiej, nêdznie op³aconej chwili rozkoszy niczego nie ¿ada³? Nic siê ju¿ staæ nie mo¿e. Zanurzyæ siê wiêc w tê otch³añ, dosiêgnaæ samego dna... Z pewnoscia tê w³asnie zgodê na wszystko wyczyta³ w jej oczach Litowka, gdy bawiac przed tygodniem w Warszawie spotka³ Annê na ulicy. Zdziwi³a siê, ¿e ja pozna³. Nie widzieli siê bowiem od dziesiêciu przynajmniej lat. Stare dzieje ich ³aczy³y. Anna ¿y³a wówczas z Morawcem, stawiajacym pierwsze dopiero kroki na terenie stolicy. Roman by³ m³odszy od niej, mia³ dwadziescia kilka lat, podoba³ siê jej. Pociaga³ zuchwa³oscia, mocnym cia³em, energia i tym nieuchwytnym b³yskiem w oczach, który raz wydawa³ siê cierpieniem, a kiedy indziej okrucieñstwem. Niewiele wiedzia³a o jego przesz³osci, prawdopodobnie burzliwej. Nie zwierza³ siê. Bêdac szczerym, umia³ jednoczesnie byæ skrytym. Czym obecnie zajmowa³ siê - to oczywiscie wiedzia³a. Ale to jej nie przeszkadza³o. Wierzy³a, ¿e nie potknie siê. Pieniêdzy mia³ zawsze pod dostatkiem. Mia³a wiêc spokój, nie potrzebowa³a chodziæ po ulicy. W tym w³asnie czasie zacza³ organizowaæ pierwsza swoja bandê. Pewnego dnia przyprowadzi³ nowego kompana. By³ to Litowka. Przez kilka miesiêcy chodzili na roboty razem i z kilku jeszcze innymi. Wkrótce jednak skoñczy³o siê to wszystko. Po jakiejs grubszej, krwawo zakoñczonej historii, banda Morawca rozpad³a siê. Paru ch³opców wpad³o, dostali po kilkanascie lat ciê¿kiego wiêzienia. O Romanie s³uch przepad³, znikna³ równie¿ Litowka. Spotka³a go teraz dopiero. Dowiedzia³a siê, ¿e Morawca od lat ju¿ nie widzia³ i w ogóle od dawna, zaraz po tamtej awanturze, skoñczy³ z podobnymi sprawami. Nie mia³ ochoty - wyzna³ - powêdrowaæ na szubienicê albo zginaæ w wiêzieniu. Nie ka¿dy ma szczêscie Morawca. Zreszta i jego szczêscie mo¿e pewnego piêknego dnia prysnaæ jak ³upinka. Osiedli³ siê wiêc na kresach wschodnich. Za pieniadze, które mu przypad³y z podzia³u, wybudowa³ domek i urzadzi³ sklep z wyszynkiem. Zadowolony by³ ze spotkania. Zaproponowa³ kolacjê. Wstapili razem do baru. Ciagle opowiada³ o sobie. Ale Anna wiedzia³a, ¿e szybko zda³ sobie sprawê z sytuacji, w jakiej siê znajdowa³a. Nie potrzebowa³ pytaæ. By³a ubrana zle, z tandetna jaskrawoscia, wyglada³a niezdrowo; chciwie, choæ stara³a siê panowaæ nad ruchami, rzuci³a siê na gorace jedzenie. Gdy zaproponowa³ jej wyjazd do Sedelnik w wiadomym celu, zgodzi³a siê bez wahania. Nie mia³a nic do stracenia. W Warszawie czeka³ ja tylko g³ód, a w niedalekiej przysz³osci szpital lub ¿ebranina pod koscio³em. Ludzie? Uwa¿a³a, ¿e wszêdzie sa ci sami, jednakowo zli. Wola³a wiêc o tym nie mysleæ, cieszyæ siê raczej, ¿e znajdzie siê na wsi. W pewnym momencie, gdy wyobrazi³a sobie pola i lasy, krajobraz od tylu lat nie widziany, od¿y³y w niej bolesnym szarpniêciem najdawniejsze, rzadko budzace siê wspomnienia. Wychyna³ z mroku czasu dzieñ wycieczki za miasto: niebo pogodne, zapach jasminów, droga ocieniona roz³o¿ystymi kasztanami, ujadanie psów... Ale zanim posród tych migawkowych obrazów zda¿y³a zarysowaæ siê smiejaca twarz Paw³a Siechenia, Anna wsta³a szybko i spyta³a Litowkê: zatañczymy? W jego ciê¿kich ramionach, pod goracym, wódka przepojonym oddechem, znik³y oczy i usta, których wola³a z odleg³osci lat nie wywo³ywaæ. Zabawili w lokalu do póznego wieczora. Potem, po nocy, która da³a Annie przedsmak tego, co ja czeka w Sedelnikach, wyjechali. Wies powita³a ja wichura i deszczem
Panele podłogowe Barlinek
Panele podłogowe
wyniki
Statystyki, Typy, Wyniki Na Żywo
odzież robocza
odzież robocza
mp3 downloads
nesmlcovanim

files systemy wystawiennicze Kadencja 13 makija¿ permamentny wroc³aw sto³y do pokoju
fotoreporter poszukiwany allegro skutery quady polaris spanish action game notessimo żłobek włochy