|
|
|
||||||
Hotele Jastrzębia Góra tel 028773541
Pokoje:
5 osobowy 150zł osoba 5 osobowy 180 zl osoba 6 os 190 zl osoba Oferujemy: centrum masażu salon piekności od plaży 400m Wille parasol plazowy czajnik bezprzewodowy radio śniadania Jastrzębia Góra 319378197 Henryk Gajewski Tematyka:
| |||||||
|
|
|||||||
|
suknie Å›lubne stewia Å›cianki dziaÅ‚oweAnna gorzko usmiechnê³a siê. Gdy pamiêæ przywo³ywa³a to dawne wspomnienie, zawsze ogarnia³o ja wra¿enie, i¿ ca³a odleg³a przesz³osæ w stosunku do ¿ycia obecnego jest czyms nierealnym, jak gdyby zamkniêtym krêgiem zdarzeñ nale¿acych do innego zupe³nie cz³owieka. Nie znajdowa³a ¿adnej ³acznosci pomiêdzy soba a tamta ma³a dziewczynka sprzed kilkudziesiêciu lat. Najchêtniej te¿ odpêdza³a od siebie wspomnienia. Czemu¿ wiêc teraz z tak czu³ym nieomal poddaniem pozwala³a zagarnaæ siê p³ynacym z daleka obrazom?
Wtedy ¿y³a jeszcze matka. Wiele jednak godzin przebywa³a poza domem. Pracowa³a w krawieckim magazynie, mia³a tam du¿o roboty. Czasem wyszed³szy rano, wraca³a póznym wieczorem. Nie by³o na to ¿adnej rady. Anna musia³a siê poddaæ. Czu³a siê bezbronna i swiadomosæ zale¿nosci od spraw zawik³anych w inny, daleki, a jej niedostêpny swiat, który na ca³y dzieñ zabiera³ matkê, nie pozwala³a szukaæ odpoczynku nawet w tych godzinach wczesnego przedpo³udnia, które wype³nia³o ¿ycie skrzêtne i pracowite, pe³ne ¿mudnej bieganiny pani Podhaliczowej, codziennie rozwijajace siê w tym samym rytmie, nanizane wed³ug raz na zawsze ustalonego porzadku. Anna bra³a udzia³ w tych domowych obrzadkach. Pani Podhaliczowa lubi³a ja wciagaæ w krag swoich poczynañ, lecz wszystko, co w ciagu przedpo³udnia dokonywa³o siê w malutkim, jak gniazdo osadzonym w kacie oficyny mieszkaniu, nie mog³o wyrwaæ z serca dra¿niacego niepokoju. Ju¿ budzac siê, zanim prze¿y³a bolesna chwilê rozstania z matka, mysla³a pe³na lêku o wieczornych chwilach oczekiwania jej powrotu. Najgorsze by³y czasy zim. Budzi³a siê w nieprzyjaznych ciemnosciach, nieraz jeszcze w srodku nocy, ale poniewa¿ nie zna³a godziny zawieszonej w odleg³ym kacie pomiêdzy monotonnym tykaniem zegara, ba³a siê usnaæ, aby nie przeoczyæ chwili, w której matka wstanie, po cichu ubierze siê i nie jedzac najczêsciej sniadania odejdzie. Z czasem nauczy³a siê rozpoznawaæ godziny po odg³osach. Ale i wówczas walczy³a z sennoscia, nie ufajac dzwiêkom, które jak z³e duchy przynosi³y z daleka nieub³agane znaki. Wydawa³o siê jej, ¿e w tym swiecie tajemnych, porannych poczynañ mo¿e pewnego dnia ulec wszystko nag³ej zmianie i gdyby zawierzywszy wiadomemu porzadkowi zasnê³a - matka odesz³aby bez po¿egnania. Wola³a wiêc czuwaæ wobec niebezpieczeñstwa. Wola³a wybiegaæ mu naprzeciw. A jednoczesnie czerpa³a smutna radosæ z s³odkiej bliskosci le¿acej obok matki. Ws³uchiwa³a siê pilnie w jej cichy, równy oddech, wiedzac, ¿e w pewnej chwili, jego ciep³o, majace cos z miêkkosci nagrzanej s³oñcem trawy, przybli¿y siê i zmieni w goracy poca³unek. Jak¿e pragnê³a i ba³a siê tej chwili! Wiedzia³a, ¿e minuta ufnego wtulenia w ramiona matki musi szybko pierzchnaæ, jakby bicie serca, które czu³a przy swoim sercu, niecierpliwie znaczac uciekajacy czas, przynagla³o do pospiechu; wiedzia³a równie¿, ¿e potem na kszta³t rozleg³ej i ogromnie smutnej równiny, ogladanej kiedys z okna pociagu, otworzy siê szeroki bieg têsknych godzin, ciê¿ko jak blady dzieñ wy³onionych z mroku i powoli, znów w g³ab tym razem ju¿ mroku wieczornego zda¿ajacych. Ale nawet pamiêæ cierpkiego smaku godzin, wsród których mia³a siê tak d³ugo b³akaæ, nie t³umi³a w niej pragnienia poca³unku: krótkiej chwili szczêscia zawistnie sciganej przez koniecznosæ. To ranne powitanie, równoznaczne z po¿egnaniem, bo wszystko, co pózniej matka czyni³a, stawa³o siê niepowrotnym odp³ywaniem radosci i spokoju, by³o w ciagu dnia jedynym oparciem Anny. By³a to chwila, do której ucieka³o siê jak pod dach w czasie wiatru i s³oty. Jej waski krag promienia³ swiat³em w ciemnosciach. Przypasæ do niego, zanurzyæ siê w nim i zaczerpnaæ stamtad oddechu, który gra³ potem w piersiach nieokreslona spiewna rzewnoscia - jakie¿ to by³o wytchnienie i ulga. I wtedy wczesny zmierzch zimowy, przedtem grozny, teraz sta³ siê ³askawym sprzymierzeñcem. Anna nauczy³a siê tysiaca wybiegów, odkry³a si³ê przymilnych k³amstw, byle tylko wyrwaæ siê spod opieki pañstwa Podhaliczów, opusciæ ich jasny pokój i umknaæ do swego, gdzie w mroku szybko gêstniejacym mog³a wróciæ do chwili narodzonej w podobnym cieniu. Kiedy wraz z zieleniejacymi na podwórzu kasztanami przysz³y d³ugie dnie, odkry³a, ¿e powrót do ma³ej porannej chwili osiagnaæ mo¿na sztucznie: zamknawszy oczy. Potrzebowa³a do tego tylko samotnosci i ciszy. Podwórko by³o spokojne, ludzie zaludniajacy oficyny bardzo dalecy w swoich mieszkaniach, niebo ³agodne. W czerwcu, gdy zmierzchy szerokimi têczami wyrasta³y w górze, w powietrzu unosi³ siê zapach kwitnacych pomiêdzy kasztanami akacji, a pewien pan wygrywa³ na wiolonczeli melodie, które jak waskie, faliste scie¿ki prowadzi³y w g³ab nieznanych i tajemniczych krajów. Po dniu zgie³kliwym, pe³nym ludzi i g³osów, Anna odpoczywa³a. Umyka³a z ramion czasu pêtajacego strachem i niepokojem. Pod zamkniêtymi powiekami odnajdywa³a wytchnienie, wsród którego ju¿ tylko na kszta³t pogodnego strumienia przep³ywa³a têsknota za matka. Niektóre obrazy stale towarzyszy³y tym rozmyslaniom. Zw³aszcza jeden szczególnie czêsto wraca³ i jakby by³ pamiatka po tych dniach ze smiercia matki rozsypanych na proch, przetrwa³ jeszcze d³ugo potem, zawsze ten sam, zakwitajacy przez wiele lat niezmiennym urokiem. Najpierw by³ mrok, ale wystarczy³o powieki silniej zacisnaæ albo przykryæ je d³oñmi, aby z g³êbi, z samego srodka ciemnosci wyp³yna³ jasny punkt. Kiedys, wyjechawszy z matka za miasteczko, ujrza³a Anna na dnie g³êbokiej studni lekko ko³yszacy siê na ciemnej wodzie kwiat kaczeñca. Objêta ramionami matki, le¿a³a na ch³odnym ocembrowaniu i kiedy nagle zawo³a³a - g³os jak kamieñ polecia³ w dó³ i wyda³o siê jej, ¿e liscie zadr¿a³y wsród miêkkich krêgów, nasycajac je ¿ywym ciep³em. Po chwili ca³e dno by³o z³ote. Tu z poczatku dzia³o siê cos podobnego. Ma³a gwiazdka rozszerza³a siê, wypiera³a mrok, a gdy dla swego promiennego przepychu nie znajdowa³a ju¿ miejsca - rozstêpowa³a siê jak woda nasycona swiat³em i nagle zmacona ostrym podmuchem. Wtedy pomiêdzy z³ocistymi ko³ami ukazywa³y siê bia³e go³êbie...
Od domu Nawrockiego dzieli³o Annê kilkadziesiat zaledwie kroków. Dopiero teraz spostrzeg³a, ¿e swiat³o nabra³o silniejszego blasku: zawieszone nisko ponad ziemia, jak s³up ognisty p³onê³o w ciemnosciach. Znowu zatrzyma³a siê. Tym razem uczyni³a to machinalnie, nie zdajac sobie sprawy dlaczego. „Przecie¿ chcê, ¿eby to wszystko prêdko siê skoñczy³o - mysla³a. - Dlaczego wiêc zwlekam?”
Jednak nie rusza³a siê. Sta³a nads³uchujac. Nagle wyda³o siê jej, ¿e ktos zbli¿a siê od strony ³ak. Wyraznie s³ysza³a kroki. Przytuliwszy siê do p³otu wstrzyma³a oddech. Ale choæ szybko zorientowa³a siê , ¿e to krople mg³y skapuja z drzew, przez d³u¿sza chwilê jeszcze pozostawa³a pod wra¿eniem bliskosci jakiegos cz³owieka. Czu³a owa bliskosæ ca³ym cia³em, ka¿dym w³óknem nerwów i w pewnym momencie swiadomosæ ta nienasycona w swej zach³annosci sta³a siê tak straszliwa mêczarnia, i¿ w ostatnim zaledwie momencie zda¿y³a zapanowaæ nad pragnieniem zawo³ania. Przygryz³a wargi. I dopiero, gdy ból doszed³ do jej swiadomosci, zda³a sobie sprawê, ¿e chcia³a krzyknaæ: Pawle! „Zaczynam majaczyæ...” - przemknê³o jej przez g³owê.
Szybko zwróci³a siê w kierunku swiat³a. Ju¿ nie wybiera³a dogodniejszej drogi, sz³a byle prêdzej, grzaskie b³oto chlupa³o pod nogami. Furtka by³a otwarta. Dobiega³ monotonny stuk otwartego okna. Poza tym pustka.
Zdziwi³a siê, ¿e Nawrocki nie wychodzi na spotkanie. Podwórko, o ile siê mog³a zorientowaæ w ciemnosciach, by³o niewielkie, w g³êbi szelesci³ ogród. Kontury chaty, lekko podkreslone smuga swiat³a, rysowa³y siê w mroku niekszta³tnymi cieniami, w srodku czernia³ otwór sionki. „Wszystko pootwierane” - pomysla³a z zaniepokojeniem. Po chwili wahania wesz³a do srodka.
W sionce panowa³a zupe³na ciemnosæ. Tylko w jednym miejscu u samej pod³ogi przeswitywa³ bardzo waski skrawek swiat³a. Podesz³a w tym kierunku i rêkoma odnalaz³a drzwi. Zapuka³a po cichu. Nikt nie odpowiedzia³. Powtórzy³a wiêc, tylko g³osniej. Wreszcie lekko pchnê³a drzwi.
Uchyli³y siê skrzypiac i przez waski otwór zobaczy³a najpierw bia³a scianê, potem ³ó¿ko okryte zgniecionym pledem. „Musia³ wyjsæ gdzies” - pomysla³a. Zastanowi³a siê, czy ma wejsæ do srodka, czy te¿ tutaj zaczekaæ. Skusi³o ja wreszcie ciep³o idace z pokoju. Przemarz³a na wietrze i mo¿nosæ rozgrzania siê by³a zbyt pociagajaca, aby siê jej opieraæ. smia³ym ju¿ ruchem otworzy³a drzwi.
W tej chwili Seweryn us³ysza³ jej st³umiony okrzyk. Cofnê³a siê za próg, rêce wyciagnawszy przed siebie, jakby chcia³a os³oniæ siê przed niespodziewanym widokiem. Przeciag zawirowa³ w pokoju. Machinalnie zamknê³a drzwi i dopiero gdy znalaz³a siê w ciemnosciach, ogarna³ ja strach. Po omacku przesz³a przez sionkê i na oslep zaczê³a biec.
Ju¿ w pobli¿u drogi natknê³a siê na Litowkê. Chwyci³ ja za rêce Rzuci³ siê naprzód i ju¿ wczepi³ siê d³oñmi w ramiona Seweryna, gdy nisko, pomiêdzy z soba zwartymi cia³ami rozleg³ siê p³aski, bezdzwiêczny stuk wystrza³u. Nawrocki drgna³, cieñ bólu przemkna³ mu po twarzy. Ale nie puszcza³, silniej jeszcze zacisna³ palce, wyprê¿y³ siê, nogami mocno wpar³ siê w pod³ogê, jakby ca³ym soba chcia³ przygniesæ przeciwnika. Obaj byli równego wzrostu i Seweryn czu³ na ustach goracy, przyspieszony oddech tamtego, widzia³ dok³adnie jego bliska twarz. „Jaki on piêkny!” - pomysla³.
Patrzac w rozszerzone oczy Nawrockiego, strzeli³ po raz drugi. I jeszcze raz. Sta³ nie ruszajac siê, ciagle z palcem na cynglu. By³ przygotowany, ¿e to jeszcze nie koniec. Ale zaraz po trzecim strzale Nawrocki przechyli³ siê na bok ruchem miêkkim i ociê¿a³ym, rêce opad³y mu, jeszcze usi³owa³ wyciagnaæ je przed siebie, lecz chwyta³y ju¿ tylko powietrze.
By³a cisza. Niedomkniête drzwi sionki ¿a³osnie dygota³y na wietrze.
Seweryn uwa¿nie przyglada³ siê Nawrockiemu. Jeszcze sta³, szeroko rozstawiwszy nogi. Jednak w sposób widoczny s³abna³. W koszuli rozchylonej na piersiach, w obcis³ych spodniach i lsniacych butach, smuk³y i opalony, wyglada³ teraz z g³owa opadajaca do ty³u jak linoskoczek, który straciwszy nagle na wysokosciach równowagê, daremnie chce utrzymaæ w pos³uszeñstwie s³abnace miêsnie. Czas p³yna³ bardzo wolno.
Wtem Nawrocki wyprostowa³ siê i spojrzenie jego cierpieniem przymglonych oczu spoczê³o na Sewerynie. Gej¿anowskiemu serce mocniej zabi³o. Ale nie odwróci³ g³owy. Przezwyciê¿y³ pierwszy odruch strachu. Có¿ mog³o mu groziæ ze strony tego cz³owieka? Koniec. Przyja³ wiêc to spojrzenie, patrzy³ z ciekawoscia, której nie chcia³ ukryæ. „Co on teraz czuje? - mysla³. - Czy wie, ¿e umiera, ¿e to ostatnie jego chwile, czy boi siê?” Zapragna³ takiej si³y, aby móg³ wedrzeæ siê w tego cz³owieka, przeniknaæ go, zjednoczyæ siê z nim na chwilê, dojsæ razem a¿ po ów kres, który tylko tamten musia³by przekroczyæ. I w tym momencie zda³ sobie sprawê: có¿ znaczy zabiæ cz³owieka, gdy nie mo¿e siê poznaæ mysli umierajacego? Pozostawa³ sam fakt, gwa³towne przeciêcie czyjegos ¿ycia, zniszczenie jakichs planów, pragnieñ, a z tym wszystkim uczucie poni¿ajacego niedosytu. „Byæ mo¿e on teraz wie o mnie wiêcej, ni¿ ja o nim...” - pomysla³.
Ale Nawrocki daleki by³ od tego. Nie widzia³ ju¿ Gej¿anowskiego. Zdawa³ sobie sprawê, ¿e tamten stoi blisko. „Gdybym wyciagna³ rêkê - pomysla³ - dotkna³bym go.” Cierpia³ jednak tak straszliwie, i¿ oczy nie przyjmowa³y ju¿ obrazów doko³a, obojêtna i obca, le¿a³a bezkszta³tna miazga. Sam czu³ siê od tych szczatków oderwany, by³ jak gdyby poza wszystkim - samotny. Mia³ jednak zupe³nie jasna swiadomosæ swego koñca. Ale jednoczesnie wydawa³o mu siê, ¿e to nie on umiera, lecz ktos inny. By³ spokojny. I dopiero gdy ból, który rwa³ mu wnêtrznosci, w¿ar³ siê g³êbiej, uczu³ strach. Zacisna³ tylko wargi, ¿eby zd³awiæ jêk. Pogarda, jaka zawsze mia³ dla cierpienia fizycznego, od¿y³a w nim teraz, ka¿ac w bólu, który ciagle jeszcze nie osiaga³ ostatecznego dna, poszukaæ pomocy. Chcia³ do ostatecznego odruchu przytomnosci wiedzieæ, ¿e cierpi i cierpienie przezwyciê¿a. Nagle piekacy skurcz targna³ ca³ym jego cia³em. Oszo³omiony, obja³ brzuch d³oñmi, przyklêkna³, ale ju¿ tylko pó³swiadomie zdawa³ sobie sprawê z tego, co siê dzieje. Upad³.
Seweryn odetchna³. Schowa³ rewolwer i spojrza³ na zegarek: by³o piêæ po dziesiatej. Zdziwi³ siê, ¿e tak krótko to wszystko trwa³o, mia³ bowiem wra¿enie, ¿e znajdowa³ siê w tym pokoju ju¿ od bardzo dawna.
Nawrocki nie rusza³ siê. Le¿a³ na wznak i czy pod³oga by³a krzywa, czy te¿ swiat³o w ten sposób na niego pada³o, robi³ wra¿enie, jakby g³owê mia³ umieszczona o wiele ni¿ej od nóg. Dziêki temu wydawa³ siê niezwykle d³ugi. Ale gdy Seweryn nachyli³ siê, cia³o odzyska³o normalna miarê. Chcac upewniæ siê, przy³o¿y³ ucho do serca: nie bi³o. A wiêc po wszystkim. Zdawa³ sobie sprawê, ¿e powinien natychmiast stad odejsæ. Dopiero teraz zorientowa³ siê, na jak nieobliczalne pusci³ siê ryzyko. Anna mog³a przecie¿ nadejsæ ka¿dej chwili. Mimo to nie rusza³ siê. Cos, czego nie umia³ nazwaæ, ale co by³o silniejsze od rozsadku, nie pozwala³o mu oderwaæ oczu od zmar³ego. Twarz Nawrockiego, w ciagu ostatnich chwil zmieniona przez ból, teraz odzyskiwa³a swój dawny, m³odzieñczy wyglad. Spokój nasyca³ ciemne rzêsy i lekko rozchylone usta z³udzeniem snu, nad harmonijnym przegiêciem szyi i naturalnym u³o¿eniem ramion zdawa³ siê czuwaæ odpoczynek. Ale ju¿ cokolwiek dalej krwawe plamy lepiace koszulê na piersiach i na brzuchu rozprasza³y to wra¿enie.
Seweryn odsuna³ siê i podniós³ d³onie do swiat³a. By³y czyste. Ale wiêcej nie pochyli³ siê nad le¿acym. Ogarnê³o go zmêczenie. „Jutro o tej porze bêdê daleko - pomysla³. - Podejrzenia? Oczywiscie padna w pierwszym rzêdzie na Annê...”
To mu przypomnia³o, ¿e musi stad szybko odejsæ. swiat³a nie zgasi³, starannie tylko zamkna³ za soba drzwi. By³ ju¿ na dworze, gdy od drogi dobieg³ go bliski plusk b³ota. Ktos szed³. O powrocie nie móg³ teraz mysleæ. Cofna³ siê za róg chaty i czeka³.
Dostrzeg³szy w g³êbi ciemnosci cieniutka i dygocaca nierówno na wietrze smugê swiat³a, Anna zatrzyma³a siê. „To u niego swieci siê” - pomysla³a. I wyobrazi³a sobie chwilê, w której, gdy bêdzie ju¿ po wszystkim, poprosi Nawrockiego, aby wpusci³ do pokoju nieco swie¿ego powietrza. W razie gdyby poprzesta³ na uchyleniu okna, bêdzie musia³a zawo³aæ: „Ale¿ nie tak, szerzej, przecie¿ tutaj udusiæ siê mo¿na!” Wtedy Nawrocki otworzy okno na rozcie¿. A co dalej? Ostry dreszcz nia targna³. Przyspieszone pulsowanie serca zmusi³o ja do wsparcia siê o p³ot. Przymknê³a oczy. W pierwszej chwili mia³a wra¿enie, ¿e usuwa siê w przepasæ. Silniej wiêc uczepi³a siê chropowatej ¿erdzi. Sta³a bez ruchu, jakby w odrêtwieniu swego cia³a szuka³a ratunku.
Wiatr krêtymi podmuchami wi³ siê pomiêdzy op³otkami. Pomimo ciemnosci czu³o siê bliska obecnosæ nieba: niewidzialne chmury zdawa³y siê p³ynaæ tu¿ ponad g³owa. To ich ciê¿ar musia³ przygniataæ szeleszczace doko³a drzewa. Niespodziewanie zaleg³a cisza.
Anna wyprostowa³a siê: „Wrócê” - postanowi³a. I ju¿ uczyni³a kilka kroków w kierunku powrotnym, gdy zda³a sobie sprawê, ¿e Litowka wyszed³ na pewno z domu i znajduje siê gdzies w pobli¿u. W ka¿dym razie na szosie musia³aby siê na niego natknaæ. Innej zas drogi prócz tej, która przysz³a, nie by³o. Zawróci³a wiêc. Znowu zerwa³ siê wiatr, ostro zacina³ od otwartej przestrzeni nadzelwiañskich ³ak.
Anna sz³a powoli wzd³u¿ p³otu, starajac siê wsród b³otnistej drogi wybieraæ co suchsze miejsca. Mia³a wprawdzie przy sobie latarkê, pamiêta³a jednak o ¿yczeniu Litowki, aby usi³owa³a siê przedostaæ do Nawrockiego nie zauwa¿ona. „Byle tylko skoñczyæ z tym wszystkim - mysla³a - wróciæ do domu, po³o¿yæ siê, zasnaæ...” W tej chwili nie mia³o dla niej ¿adnego znaczenia, co stanie siê jutro. Nie siêga³a mysla poza dzisiejsza noc. Ale nie by³o w tym nic nowego. Jak¿e dobrze i z jak wielu nocy zna³a ów stan nerwowego napiêcia, który, jak gdyby pogodzony z jej zewnêtrznym odrêtwieniem, zaciesnia³ czas do najbli¿szych godzin, na wszystkie dalsze rzucajac ciê¿ki i gêsty cieñ. Nieraz w takich chwilach wydawa³o siê jej, ¿e u tej bliskiej, choæ niejasno rysujacej siê granicy - umrze. Nie ba³a siê wtedy smierci. Mysla³a o niej jak o odpoczynku. I wszystko, co wówczas czyni³a, robi³o na niej wra¿enie powolnego zbli¿ania siê do d³ugiego snu. Wzrasta³a w niej jednoczesnie swiadomosæ w³asnej odrêbnosci. Ka¿dy swój ruch, ka¿da mysl odczuwa³a jak nale¿ace do istoty jedynej i niepowtarzalnej. Czêsto w takich wypadkach przypomina³ siê jej sen, który prze¿y³a przed wielu latami w okolicznosciach dosæ niezwyk³ych. Mia³a wtedy czternascie najwy¿ej lat, sta³o siê to bowiem w nieca³e dwa lata po smierci matki. Niedaleko domu Podhaliczów, przy koñcu waskiej i starymi ruderami zabudowanej uliczki, w dolinie, u której dalekiego kresu sina smuga znaczy³y siê lasy, le¿a³ rozleg³y staw. Gdy nastawa³y ciep³e dni, wszystkie dzieci z miasteczka zbiega³y siê tam do kapieli. Pomimo zakazu opiekunów Annie udawa³o siê czasami wymknaæ z domu. Có¿ to by³a za radosæ znalezæ siê wsród wolnej przestrzeni, pod niebem pe³nym s³oñca, na wietrze, który wynurzajace siê z wody cia³o natychmiast osusza³. Anna nie umia³a p³ywaæ. Chcieli ja wprawdzie uczyæ znajomi ch³opcy, zawsze jednak, gdy przysz³o do przekroczenia p³ytkiego pasma w pobli¿u brzegu, brak³o jej odwagi. Nie umia³a przezwyciê¿yæ strachu, jaki w równym stopniu co zachwyt, ogarnia³ ja wobec tej spokojnej i rozleg³ej przestrzeni. Ale raz, w pewien upalny dzieñ lata, zdarzy³o siê, ¿e zapomniawszy na chwilê o ostro¿nosci posunê³a siê cokolwiek dalej w g³ab i gdy nagle straci³a grunt pod nogami, by³o ju¿ za pózno, aby mog³a zawróciæ. Wtedy to w³asnie, w ciagu kilku minut, zanim rybacy wyciagnêli ja z wody nieprzytomna, przysni³ siê jej ów dziwny sen. Ujrza³a siebie w d³ugiej, bia³ej szacie u stóp ogromnych, wysoko ku górze spiêtrzonych schodów. Purpurowa materia okrywa³a stopnie, a doko³a równymi rzêdami, niby promienie s³oneczne zastyg³e w locie, bieg³y smuk³e i strzeliste z³ote kolumny. Nie zdajac sobie sprawy, gdzie siê znajduje, instynktem raczej kierujac siê ni¿ okreslonym celem, zaczê³a powoli wspinaæ siê po schodach. Wtedy kolumny, jakby nagle o¿y³y - zafalowa³y spiewnie i podobne swiat³u, które gra pe³nia po³udniowego blasku na dojrza³ych drzewach, poczê³y p³ynaæ ku górze. Uczu³a siê wtedy, jak nigdy jeszcze dotad, lekka i radosna. Nagle zda³a sobie sprawê, ¿e z chwila, gdy znajdzie siê na szczycie schodów, bêdzie musia³a z nadmiaru szczêscia umrzeæ | |||||||