|
|
|
||||||
Kwatera prywatna Dziwnówek do wody 50m
Kwatera prywatna Dziwnówek Butyńska Posiadamy wolne noclegi 5 os.
Cena 105 os. Obiekt: spa, salon piekności, łózko z dostawka, parasol plazowy, wanna z hydromasażem, śniadania, od plaży 450m. Kwatera prywatna Butyńska - 254212999 Dziwnówek ul.Batorego 130 Tematyka:
| |||||||
|
|
|||||||
|
Å›cianki dziaÅ‚owe suknie Å›lubne stewiaAnna nie s³ysza³a skrzypniêcia drzwi. Mimo kilku godzin snu czu³a teraz wiêksze znu¿enie ni¿ z rana po zle przespanej nocy. Obudzi³a siê o wczesnym zmierzchu. Z poczatku, zaskoczona pe³nym, porywistym szumem wiatru, ujrzawszy w g³êbi za oknem zarys p³ota i drzewo o czarnych, gnacych siê ga³êziach, nie mog³a zorientowaæ siê, gdzie siê znajduje. Nie zda¿y³a siê jeszcze przyzwyczaiæ do tej du¿ej, obcej izby tak ró¿nej od pokoju, który ostatnio zamieszkiwa³a. Gdy o podobnej godzinie budzi³a siê w Warszawie, widzia³a przez zmêtnia³a szybê ¿a³osnie obwis³a rynnê, dalej obdrapana scianê pe³na jakichs niepotrzebnych gzymsów i ozdób, wat³ych balkoników i okien przybranych wiotkimi firankami, jeszcze wy¿ej czarny, wilgotny, gêsto po³atany dach, smêtne dymniki uwik³ane w pajêczynowe nitki drutów radiowych, a nad tym wszystkim doskonale zharmonizowany z ca³oscia, w bezruchu zastyg³y, jakby ze starej ilustracji wyciêty p³at nieba. Gdy nadchodzi³ przedwczesny zmierzch brzydkich dni, a drobny deszczyk zacina³ z ukosa, wówczas dymniki szamota³y siê apatycznie, potem z rosnacym mrokiem zapada³ ospa³y spokój, tylko wiatr uwiêziony pomiêdzy murami be³kota³ ptrzyt³umionym oddechem.
Tak w ciagu wielu miesiêcy z¿y³a siê z tym obrazem, ¿e nim zda¿y³a teraz podniesæ powieki, by³a pewna, ¿e taki w³asnie widok narzuci siê jej oczom. Pomysla³a, ¿e bêdzie musia³a zaraz ubraæ siê i wyjsæ na ulicê. Zaczê³a siê nawet zastanawiaæ, czy nie powinna zmieniæ dzielnicy. Mo¿e jeszcze raz spróbowaæ sródmiescia? Mo¿e... Westchnê³a ciê¿ko. Gdyby¿ mo¿na by³o schroniæ siê przed tym wszystkim w sen d³ugi i twardy!
Ale kiedy po chwili zda³a sobie sprawê, ¿e nie jest ju¿ w Warszawie - nie odczu³a ulgi. Dochodzi³a piata. Za godzinê - obliczy³a szybko - powinien przyjsæ kierownik poczty. Znowu bêdzie klaæ dogorywajaca ¿onê... Usiad³a na ³ó¿ku, wsunê³a stopy w rozdeptane pantofle. W pokoju by³o zimno, powietrze przesiakniête wilgocia czyni³o ch³ód obslizg³ym i lepkim. Dr¿ac narzuci³a szlafrok, pamiêtajacy jeszcze lepsze czasy, i podesz³a do toalety.
Spojrzawszy w lustro wzdrygnê³a siê. Nie mog³a patrzeæ na siebie bez wstrêtu i przestrachu. Ostatnich kilka lat zmieni³o ja zupe³nie. Czasami mia³a wra¿enie, ¿e ka¿dy dzieñ, ka¿da noc posuwaja naprzód dzie³o zniszczenia. Nieraz, budzac siê z rana, zrywa³a siê pospiesznie z ³ó¿ka i jeszcze oczy majac zaklejone od snu bieg³a do lustra. Starosæ, nie, to nie o nia chodzi³o. Niedawno przekroczy³a wprawdzie czterdziestkê, ale nie wyglada³a na wiêcej lat. Zmienia³ siê tylko wyraz jej twarzy. Zarys policzków niegdys tak delikatny uleg³ trywialnemu zniekszta³ceniu, usta uk³ada³y siê w przykry, wyuzdany grymas, oczy straci³y wilgotny, miêkki po³ysk. Anna czu³a, ¿e mo¿e teraz pociagaæ tylko natury chore i instynkty znieprawione. Ruchy, g³os, spojrzenia, wszystko w niej obiecywa³o rozpustê. Ile te¿ razy w oczach zaczepionych mê¿czyzn wyczyta³a nietajony odruch niechêci i pogardy. Ile brutalnych s³ów uderzy³o ja po twarzy. Brali ja ci, których twarze by³y napiêtnowane tymi samymi znakami, co i ona. Pêka³y wobec niej wszelkie hamulce, opada³y maski, rwa³a siê w strzêpy uk³adnosæ, brudny k³ab ciemnych po¿adañ wycieka³ z obna¿onych cia³, jak ropa p³ynaca z odkrytej rany, oplatywa³ ja swymi mackami, ch³ona³ i ssa³. Czasami przecie¿ znajdowa³a nieomal zadowolenie w tym ca³kowitym i ostatecznym upadku. Czegó¿ mo¿e od ¿ycia ¿adaæ kobieta, od której nikt prócz krótkiej, nêdznie op³aconej chwili rozkoszy niczego nie ¿ada³? Nic siê ju¿ staæ nie mo¿e. Zanurzyæ siê wiêc w tê otch³añ, dosiêgnaæ samego dna... Z pewnoscia tê w³asnie zgodê na wszystko wyczyta³ w jej oczach Litowka, gdy bawiac przed tygodniem w Warszawie spotka³ Annê na ulicy.
Zdziwi³a siê, ¿e ja pozna³. Nie widzieli siê bowiem od dziesiêciu przynajmniej lat. Stare dzieje ich ³aczy³y. Anna ¿y³a wówczas z Morawcem, stawiajacym pierwsze dopiero kroki na terenie stolicy. Roman by³ m³odszy od niej, mia³ dwadziescia kilka lat, podoba³ siê jej. Pociaga³ zuchwa³oscia, mocnym cia³em, energia i tym nieuchwytnym b³yskiem w oczach, który raz wydawa³ siê cierpieniem, a kiedy indziej okrucieñstwem. Niewiele wiedzia³a o jego przesz³osci, prawdopodobnie burzliwej. Nie zwierza³ siê. Bêdac szczerym, umia³ jednoczesnie byæ skrytym. Czym obecnie zajmowa³ siê - to oczywiscie wiedzia³a. Ale to jej nie przeszkadza³o. Wierzy³a, ¿e nie potknie siê. Pieniêdzy mia³ zawsze pod dostatkiem. Mia³a wiêc spokój, nie potrzebowa³a chodziæ po ulicy. W tym w³asnie czasie zacza³ organizowaæ pierwsza swoja bandê. Pewnego dnia przyprowadzi³ nowego kompana. By³ to Litowka. Przez kilka miesiêcy chodzili na roboty razem i z kilku jeszcze innymi. Wkrótce jednak skoñczy³o siê to wszystko. Po jakiejs grubszej, krwawo zakoñczonej historii, banda Morawca rozpad³a siê. Paru ch³opców wpad³o, dostali po kilkanascie lat ciê¿kiego wiêzienia. O Romanie s³uch przepad³, znikna³ równie¿ Litowka.
Spotka³a go teraz dopiero. Dowiedzia³a siê, ¿e Morawca od lat ju¿ nie widzia³ i w ogóle od dawna, zaraz po tamtej awanturze, skoñczy³ z podobnymi sprawami. Nie mia³ ochoty - wyzna³ - powêdrowaæ na szubienicê albo zginaæ w wiêzieniu. Nie ka¿dy ma szczêscie Morawca. Zreszta i jego szczêscie mo¿e pewnego piêknego dnia prysnaæ jak ³upinka. Osiedli³ siê wiêc na kresach wschodnich. Za pieniadze, które mu przypad³y z podzia³u, wybudowa³ domek i urzadzi³ sklep z wyszynkiem.
Zadowolony by³ ze spotkania. Zaproponowa³ kolacjê. Wstapili razem do baru. Ciagle opowiada³ o sobie. Ale Anna wiedzia³a, ¿e szybko zda³ sobie sprawê z sytuacji, w jakiej siê znajdowa³a. Nie potrzebowa³ pytaæ. By³a ubrana zle, z tandetna jaskrawoscia, wyglada³a niezdrowo; chciwie, choæ stara³a siê panowaæ nad ruchami, rzuci³a siê na gorace jedzenie. Gdy zaproponowa³ jej wyjazd do Sedelnik w wiadomym celu, zgodzi³a siê bez wahania. Nie mia³a nic do stracenia. W Warszawie czeka³ ja tylko g³ód, a w niedalekiej przysz³osci szpital lub ¿ebranina pod koscio³em. Ludzie? Uwa¿a³a, ¿e wszêdzie sa ci sami, jednakowo zli. Wola³a wiêc o tym nie mysleæ, cieszyæ siê raczej, ¿e znajdzie siê na wsi. W pewnym momencie, gdy wyobrazi³a sobie pola i lasy, krajobraz od tylu lat nie widziany, od¿y³y w niej bolesnym szarpniêciem najdawniejsze, rzadko budzace siê wspomnienia. Wychyna³ z mroku czasu dzieñ wycieczki za miasto: niebo pogodne, zapach jasminów, droga ocieniona roz³o¿ystymi kasztanami, ujadanie psów... Ale zanim posród tych migawkowych obrazów zda¿y³a zarysowaæ siê smiejaca twarz Paw³a Siechenia, Anna wsta³a szybko i spyta³a Litowkê: zatañczymy? W jego ciê¿kich ramionach, pod goracym, wódka przepojonym oddechem, znik³y oczy i usta, których wola³a z odleg³osci lat nie wywo³ywaæ.
Zabawili w lokalu do póznego wieczora. Potem, po nocy, która da³a Annie przedsmak tego, co ja czeka w Sedelnikach, wyjechali.
Wies powita³a ja wichura i deszczem - Nic nie szkodzi, zaczekam.
Z ty³u, od strony kuchni, pada³ blask lampy. Dopiero teraz, w tym pó³cieniu Ksienia pozna³a Gej¿anowskiego. Z miejsca zakrzatnê³a siê.
- A, to panycz! Proszê wejsæ. Niech panycz zaczeka. Zaraz zaswiecê.
Wszed³ za nia do srodka, a Ksienia truchcikiem pobieg³a do kuchni. Wróci³a z lampa.
- Têdy, o niech têdy panycz idzie, tu sobie w pokoju panycz zaczeka. Ksiêdza proboszcza tylko patrzyæ...
W pierwszej chwili Seweryn nie dostrzeg³ Michasia. Dopiero, kiedy Ksienia wysunê³a siê na srodek i swiat³o lampy ogarnê³o ca³y pokój, zobaczy³ ch³opca stojacego pod sciana przy oknie.
Tymczasem Ksienia, postawiwszy lampê na stole, dyskretnie siê wycofa³a. Seweryn poczu³ siê trochê nieswojo. Sta³ w p³aszczu, z czapka w rêku, udawa³, ¿e rozglada siê po pokoju, w rzeczywistosci jednak niczego nie widzia³, ciagle bowiem czu³ na sobie uwa¿ny i nieufny wzrok ch³opca. „Czegó¿ on mi siê tak przyglada, ten smarkacz?” - pomysla³ ze z³oscia.
Nagle zwróci³ siê w tamta stronê i uda³ zdziwienie.
- O, widzê, ¿e nie jestem sam!
Michas sta³ ciagle pod sciana, nie spuszczajac oczu z Gej¿anowskiego.
Teraz dopiero Seweryn zorientowa³ siê, kim jest ma³y. S³ysza³, ¿e proboszcz ma wychowanka, ale sam tylko raz jeden widzia³ Michasia. By³o to jeszcze przed rokiem, którejs niedzieli. Chcac zatrzeæ drobne, lecz nieprzyjemne starcie z ojcem, wybra³ siê wówczas przyk³adnie na sumê. Je¿eli kiedykolwiek bywa³ na nabo¿eñstwie, zatrzymywa³ siê zawsze przed koscio³em. Tym razem, poniewa¿ pada³ deszcz, wszed³ do srodka. Nie mia³ zamiaru zapuszczaæ siê g³êboko, ale stojacy przy wejsciu ch³opi zaczêli rozstêpowaæ siê, musia³ wiêc, nie chcac zwracaæ na siebie uwagi, dojsæ do o³tarza. Jak ka¿dy, kto nie uczestniczy w nabo¿eñstwie, przypatrywa³ siê rozmaitym twarzom. Miêdzy innymi, ju¿ pod koniec sumy, zwróci³ jego uwagê ch³opiec s³u¿acy do mszy. Zadziwi³ go wówczas przez chwilê niezwyk³a czystoscia i niewinnoscia spojrzenia. Czu³o siê, ¿e ten kilkunastoletni dzieciak z g³êbokim i niefa³szowanym przejêciem towarzyszy ksiêdzu.
Seweryn odsuna³ od sto³u krzes³o i usiad³szy, wygodnie siê rozpar³.
- To ty jestes wychowankiem proboszcza, tak?
Michas skina³ g³owa.
- A kto ja jestem, to chyba wiesz? Co, nie wiesz? ¯artujesz! Naprawdê nie wiesz? A to zabawny z ciebie ch³opak! Cos podobnego! Przecie¿ tutaj najmniejsze dziecko powie ci, kim jestem. Nigdy mnie nie widzia³es?
- Widzia³em - odpar³ cicho.
- No wiêc?
- Ale nie znam pana.
- Jak to, widzia³es i nie znasz? Poczekaj, poczekaj...
Rozesmia³ siê | |||||||