Camping Mechelinki do plaży 200m<br /><br />, Domek letniskowy Mechelinki od plazy 1400m<br /><br />, Apartament Mechelinki do wody 1400m<br /><br />, Ośrodek wypoczynkowy Mechelinki do plaży 150m<br /><br />, Hotel Mechelinki do plaży 800m<br /><br />

Strona główna

Camping Mechelinki do plaży 200m

Camping Mechelinki Kluska Posiadamy nocleg 3 osobowy. Cena 180 os.Obiekt:salon masazu, baseny, łózko dwu osobowe, barek, barek, obiadokolacje, od plaży 400m.Campin

Domek letniskowy Mechelinki od plazy 1400m

Domek letniskowy Mechelinki HoÅ‚da Proponujemy wolne noclegi 3 os. Cena 85 os.Obiekt:centrum odnowy biologicznej, grill na posesji, wygodne spanie, prysznic, koc, Å

Apartament Mechelinki do wody 1400m

Apartament Mechelinki Magnuska Posiadamy noclegi 3 os. Cena 80 os.Obiekt:salon piekności, salon odnowy biologicznej, wygodne łózko wodne, czajnik bezprzewodowy, czajn

Ośrodek wypoczynkowy Mechelinki do plaży 150m

Ośrodek wypoczynkowy Mechelinki Pietrykowska Oferujemy wolne noclegi 3 osobowy. Cena 85 os.Obiekt:disco, salon masazu, lozko dwu osobowe, radio, kuchnia, śniadania i

Hotel Mechelinki do plaży 800m

Hotel Mechelinki Persicka Oferta nocleg 3 osobowy. Cena 45 os.Obiekt:basen, parking, łóżko 2 osobowe, leżak, parasol plazowy, śniadania i obiadokolacje, od pla
1 2 3 4 5 | 6 | 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18

stewia suknie Å›lubne Å›cianki dziaÅ‚owePrzy wielkich kasztanach, znaczacych poczatek Sedelnik, Seweryn zwolni³ kroku. Wprawdzie droga i tu pomiêdzy pierwszymi, rzadko osiad³ymi cha³upami by³a pusta, od strony pola wies okuta mrokiem robi³a wra¿enie wymar³ej, wola³ jednak zachowaæ na wszelki wypadek ostro¿nosæ. Nie chcia³, aby zobaczy³ go ktokolwiek, pêdzacego noca jak opêtaniec. Obciagna³ p³aszcz, poprawi³ czapkê. By³ ju¿ spokojny. Wariacki bieg na oslep poprzez pola zrobi³ swoje. Pozosta³ po nim szybki oddech, mocne bicie serca i palenie policzków wysmaganych wiatrem, ale w³asnie z tymi jak gdyby ostatnimi dreszczami podniecenia by³o Sewerynowi dobrze. Skrêcajac ko³o krzy¿a w g³ówna ulicê wsi, spojrza³ w kierunku plebanii: swiat³o nie pali³o siê. Za to, gdy mija³ posterunek, wyda³o mu siê, ¿e w g³êbi izby mignê³a sylwetka Nawrockiego. Nie bêdac jednak pewny, czy uleg³ z³udzeniu, cofna³ siê na przeciwna stronê drogi i w cieniu drzewa przystana³. Ale stamtad jasny prostokat okna ukazywa³ tylko wnêtrze izby: otwarte drzwi szafy, stó³, w g³êbi pó³ki z papierami. Drugie okno zamyka³a okiennica przepuszczajaca zaledwie waskie pasemko swiat³a. Jednak wysoki cieñ cz³owieka na scianie upewni³ Seweryna, ¿e pokój nie jest pusty. Bojac siê, ¿e mo¿e go ktos przy³apaæ na tym podpatrywaniu, chcia³ podejsæ bli¿ej, gdy w oknie ukaza³ siê Nawrocki. Sta³o siê to tak nagle, i¿ Seweryn odskoczy³ w ty³. Sucha ga³azka trzasnê³a mu pod nogami, zakla³ pod nosem. Dalej cofaæ siê nie móg³, mia³ poza soba parkan, gdzies w pobli¿u zacza³ ujadaæ pies, rozleg³y siê mêskie g³osy. W pierwszej chwili wyda³o siê Sewerynowi, ¿e Nawrocki dostrzeg³ go. Sta³ wiêc przyklejony plecami do p³otu, w obawie, ¿e najl¿ejszy ruch mo¿e go zdradziæ. Dopiero, gdy zda³ sobie sprawê z odleg³osci dzielacej go od Nawrockiego i z mroku, uspokoi³ siê. Nie mogac jednak uwolniæ siê od wra¿enia, ¿e spojrzenie Nawrockiego biegnie w jego kierunku, schyli³ siê i tak zgiêty, na palcach przesuna³ siê powoli poza niebezpieczne pole widzenia. „Trzeba teraz wziaæ siê w garsæ” - pomysla³ znalaz³szy siê z powrotem na drodze. Wszystko sz³o dotad jak najlepiej. Obecnosæ Nawrockiego na posterunku przekona³a go, ¿e siê nie omyli³ w przypuszczeniach. Co jednak mia³o oznaczaæ to „o dziesiatej” rzucone na po¿egnanie Litowce? Zanim wszed³ do karczmy, spojrza³ na zegarek: nafosforyzowane wskazówki wskazywa³y kwadrans po ósmej. „£adny kawa³ek czasu prze³azi³em” - pomysla³. W tym miejscu by³o ju¿ nieco jasniej, zobaczy³ wiêc, ¿e buty ma w rozpaczliwym stanie, ledwie widaæ by³o skórê spod grubej warstwy gliniastego b³ota. Tym lepiej! Jeszcze raz poprawi³ p³aszcz i krokiem szybkim, jak gdyby wynik³ym z d³ugiego marszu, skierowa³ siê w stronê drzwi. Litowka siedzia³ za kontuarem. - O, pan in¿ynier! - zawo³a³ widzac wchodzacego. Seweryn rozesmia³ siê swobodnie. - Nie mo¿e pan narzekaæ, ¿ebym rzadko pana odwiedza³... Zdja³ rêkawiczki, rzuci³ je na najbli¿szy stolik i zacza³ rozcieraæ d³onie. - Zmarz³em! Niech mi pan da kieliszek wódki, ale du¿y, wie pan: taki pañski kieliszek. Litowka zakrzatna³ siê ¿wawo. - Ju¿ siê robi. A mo¿e szklaneczkê? Seweryn skina³ g³owa. - Niech bêdzie. Nalewanie wódki zdawa³o siê ca³kowicie poch³aniaæ uwagê Litowki. Ale mimo dobrodusznie opuszczonych powiek, zda¿y³ obrzuciæ Gej¿anowskiego szybkim spojrzeniem. - Najlepsza, jaka jest! - cmokna³ z zadowoleniem. - Dla znawców... Seweryn ciagle usmiecha³ siê. - Wszystko jedno jaka. Byle wódka. - Pan in¿ynier by³ na spacerze? - Tak - mrukna³ Seweryn. Nie chcia³ siê przedwczesnie rozgadaæ. Wzia³ szklankê i t³umiac obrzydzenie, nie lubi³ bowiem wódki w tak du¿ej ilosci, wypi³ trunek jednym przechyleniem. - Jeszcze? - przechyli³ siê przez szynkwas Litowka Kiedy ockna³ siê z omdlenia i otworzy³ oczy, wyda³o mu siê, ¿e jest w wiêzieniu. Mia³ wra¿enie, ¿e le¿y na twardej pryczy, w ciasnej i niskiej celi, w g³êbi wyraznie zarysowa³o siê ma³e, okratowane okno. Nie zaniepokoi³ siê tym odkryciem. „Jest noc” - pomysla³ tylko. Nawet go to nie zainteresowa³o, w jaki siê tu sposób dosta³. Zamkna³ z powrotem powieki i tak le¿a³ d³u¿sza chwilê. Dopiero szum wiatru i g³osy uswiadomi³y mu pomy³kê. Od razu przypomnia³ sobie miniona godzinê, wszystko a¿ do ostatniego b³ysku przytomnosci. Có¿ za historia! Lêki, widziad³a, urojone rozmowy, goraczkowa maligna, stek chorobliwych bredni. Stwierdza³ to jednak obojêtnie, bez wzruszenia, jakby w tym wszystkim nie bra³ bezposredniego udzia³u, lecz pozostawa³ z daleka w roli widza. Czu³ siê zreszta teraz znacznie lepiej. Gdy usiad³, nie zakrêci³o mu siê w g³owie, mina³ równie¿ mêczacy bezw³ad cia³a, które chocia¿ dalekie od sprê¿ystosci, pozwala³o ju¿ przecie¿ soba kierowaæ. Pierwszych kilka ruchów wykona³ sztywno i niepewnie, jakby by³ manekinem. Jeszcze nie dowierza³. Ale gdy wyprostowa³ siê i stana³ na nogach, wstapi³a w niego otucha. Nie bez z³osliwej uciechy pomysla³ o policjantach, których tak zrêcznie umia³ pozostawiæ poza soba. Wróci³a mu i sprawnosæ myslenia. Orientujac siê wed³ug przebytej drogi, móg³ przypusciæ, i¿ wed³ug wszelkiego prawdopodobieñstwa znajdowa³ siê gdzies w okolicy Wo³kowyska. Przedostania siê do miasta wola³ nie ryzykowaæ. Zaspokoiæ g³ód- to by³o obecnie najwa¿niejsze. Nie czekajac na swit, postanowi³ natychmiast, korzystajac z os³ony nocy, wyruszyæ na poszukiwanie jakiejs wsi. By³ pewny, ¿e instynkt go nie omyli i dobrze poprowadzi. Wygramoli³ siê z sza³asu i poszed³ w kierunku, w którym uczyni³ pierwszy krok. Przyzwyczajony do czêstego przebywania w ciemnosciach, szybko oswoi³ siê z terenem. Po zapachu mokrade³ domysli³ siê, ¿e idzie wzd³u¿ rzeki. Bór sosnowy w tym miejscu by³ wysoki i gêsty, lecz brak krzaków u³atwia³ posuwanie siê naprzód. Ju¿ po paru minutach Morawiec odró¿nia³ ciê¿kie i twardo mrok ¿³obiace cienie pni. Wymija³ je pewnie, o¿ywiony ruchem szed³ coraz szybciej, ostry wiatr siek³ go po twarzy, nie czu³ jednak ch³odu. By³o mu lekko, prawie radosnie. Wsród tego wewnêtrznego upojenia traci³ chwilami swiadomosæ, i¿ znajduje siê w lesie. Wysokie szumy ogromnymi wodospadami raz po raz sp³ywa³y na ziemiê, i oto, jakby zap³odnione tym o¿ywczym deszczem, wyrasta³y nagle pod nogami puszyste trawy, wolna przestrzeñ ³ak otwiera³a siê doko³a, wiatr nastraja³ cia³o pospiesznym i szerokim oddechem. Wyda³o siê Morawcowi, i¿ tylko patrzeæ, a gwa³towniejszy podmuch sp³ynie snopem swiat³a, rozewrze w górze ciemnosci i wielkie niebo nocy wstanie wysoko, pe³ne gwiazd wirujacych bezszelestnie: obszar bezkresny, pod którego bezpieczna os³ona uspiona noc wolno toczy swoje pola, miasta, lasy i rzeki. Kilka razy zawadza³ o wystajace korzenie, traci³ równowagê, lecz machinalnie wyprostowywa³ siê i szed³ dalej nie zauwa¿ajac nawet potkniêæ. Coraz wyrazniej zdawa³ sobie sprawê, ¿e musi siê spieszyæ i ani na chwilê nie wolno mu zatrzymaæ siê i odpoczaæ. Mia³ niejasna, lecz uporczywa pewnosæ, ¿e gdyby teraz przystana³ - natychmiast wszystko by siê odmieni³o. Znajdowa³ siê w stanie podobnym do marzenia pó³sennego, kiedy prze¿ywa siê powiewne obrazy pe³ne napiêcia nerwów, lecz wie siê jednoczesnie, i¿ obok, jakby o krok, stoi i czeka inna rzeczywistosæ i tylko nieznaczny ruch wystarczy nieuwa¿nie w jej kierunku uczyniæ, aby jak wirom rzeki pozwoliæ siê jej wciagnaæ. Pocza³ go ogarniaæ niepokój. By³o mu coraz gorêcej, palto zapiête pod szyjê utrudnia³o oddech. Rozpia³ je wiêc, odwina³ szalik, czapkê zsuna³ z czo³a. Nagle poczu³, ¿e grunt pod nogami staje siê miêkki. Zrobi³ jeszcze kilka kroków: ziemia wyraznie ugina³a siê. „Bagna!” - przemknê³o mu przez g³owê. Skrêci³ raptownie w bok, rzuci³ siê ca³ym cia³em, ale ledwie dotkna³ nogami ziemi, uswiadomi³ sobie, i¿ szybko zapada siê w grzaskie mokrad³o. Instynktownie wyciagna³ przed siebie ramiona. Nie znalaz³ ¿adnego oparcia, powietrze wymknê³o mu siê z d³oni jak osliz³a ryba, szarpna³ siê, chcia³ siê podzwignaæ, uwolniæ nogi oblepione ju¿ po kolana gêsta mazia. Gdy wyprê¿y³ a¿ do bólu musku³y pleców i ju¿ siê zamierza³ poderwaæ do rozpaczliwego skoku, zawirowa³o mu w g³owie, a w górze wysoko ponad soba, jakby w przelocie, ujrza³ czarne, ³opoczace skrzyd³a sosen. Jednoczesnie md³y odór bagniska uderzy³ go w nozdrza, pod palcami poczu³ lepka wilgoæ. Krzykna³. Ju¿ siê nie zastanawia³ nad celowoscia ruchów. Jak zwierzê osaczone w lesnym ostêpie szamota³ siê slepo, bi³ rêkoma przed siebie. Grzêzna³ przecie¿ w mokrad³o coraz g³êbiej. Ju¿ do pasa siê zanurzy³ i ciagle jeszcze nie czu³ pod stopami oparcia: przepasæ rozwiera³a siê powoli, wch³ania³a szarpiace siê cia³o bezszelestnie. Chcia³ jeszcze raz krzyknaæ, wo³aæ pomocy. Ale strach i obrzydzenie zd³awi³y mu gard³o. Us³ysza³ jedynie st³umione rzê¿enie, nieporadny, chrapliwy be³kot cz³owieka, który dusi siê. „Koniec” - pomysla³. Nie czu³ ¿alu, ¿e umiera. Ogarnê³a go tylko zaciek³a nienawisæ do podobnego koñca, do smierci tak przypadkowej, bezsilnej i wstrêtnej. Zdawa³ sobie sprawê, ¿e przytomnosæ nie opusci go do ostatniej chwili. Bêdzie dzia³a³ nawet wówczas, gdy b³oto zacznie mu siê wdzieraæ do ust, zalewaæ uszy, potem nos, wreszcie oczy. Wzdrygna³ siê. Znów usuna³ siê g³êbiej. Woñ zgnilizny, ciê¿ka i duszna, przyprawia³a go o md³osci. By³a cisza. Wiatr zatrzyma³ siê gdzies ponad lasem. Tylko rozbudzone bagno dawa³o o sobie znaæ g³uchym bulgotem. W pobli¿u, mo¿e z odleg³osci kilkudziesiêciu kroków, krzykna³ jakis ptak. Natychmiast drugi odpowiedzia³ z daleka. Dzikie kaczki. Morawiec nie rusza³ siê. Odzyska³ równowagê, sta³ wyprostowany, z d³oñmi lekko wzniesionymi. By³o doko³a tak ciemno, i¿ wzrok na pró¿no szuka³ jakiegokolwiek punktu oparcia. Có¿? Zanim godzina przedswitu rozjasni mrok, bêdzie ju¿ po wszystkim. Nikt nawet nie domysli siê, co siê tu wydarzy³o pewnej nocy. Za kilka tygodni mrozy zetna mokrad³a, spadnie snieg... Pomysla³, ¿e najlepiej uczyni przyspieszajac koniec. Im prêdzej, tym lepiej. Przechyli³ siê wiêc, ale zanim wykona³ zamierzony ruch, wyda³o mu siê, ¿e nogami opar³ siê wreszcie o pewny grunt. By³o jednak za pózno. Nie zdo³a³ ju¿ opanowaæ rozpêdu, który sam wywo³a³, gwa³towne szarpniêcie celem utrzymania równowagi spózni³o siê o u³amek sekundy i Morawiec zeslizna³ siê na bok. Upad³ na prawa stronê, d³awiacy ch³ód dosiêgna³ mu piersi, ogarna³ ramiê. Wtedy zacza³ krzyczeæ. Ksiadz Siecheñ us³ysza³ ju¿ pierwsze wo³anie Morawca. Dobieg³o go z daleka. Natychmiast zatrzyma³ siê. G³os przyszed³ od strony Zelwianki. Czy¿by ktos zab³adzi³? Proboszcz skrêci³ ze scie¿ki i zacza³ pospiesznie isæ na prze³aj lasem. Po gruncie opadajacym ku do³owi lekka pochy³oscia pozna³, ¿e rzeka musia³a przep³ywaæ niedaleko. Zwolni³ wiêc kroku, wiedzac, ¿e w tej czêsci lasu zdradzieckie bagna ciagnê³y siê na znacznej przestrzeni. Wiatr, wciskajacy pomiêdzy drzewa zgêszczony zapach wilgoci, wskazywa³ na bliskosæ mokrade³. Wo³anie nie powtórzy³o siê. Ksiadz Siecheñ przystawa³ kilka razy, nic jednak nie s³ysza³, by³a cisza, nawet szum sosen pop³yna³ góra st³umiony. Sadzac, ¿e uleg³ z³udzeniu, zamierza³ zawróciæ, gdy nagle w odleg³osci kilkudziesiêciu najwy¿ej kroków rozleg³ siê przejmujacy krzyk, g³os mê¿czyzny gwa³townie na pe³nym oddechu wyrzucony, wibrujacy przera¿eniem, wo³anie, które zrazu wyda³o siê krótkie, lecz zanim siê urwa³o, przesz³o w przeciag³y skowyt, rozdzierajacy, ob³akany ryk. Ksiadz Siecheñ zadr¿a³. Podobnie krzyczacych ludzi s³ysza³ w czasie wojny. Od razu zda³ sobie sprawê, ¿e musi komus groziæ niebezpieczeñstwo. - Kto tu? - zawo³a³. Posuna³ siê naprzód kilka kroków i poczu³, ¿e ziemia pod nogami zaczyna siê uginaæ. Teraz wszystko zrozumia³. Nie zastanawiajac siê, ¿e sam siê nara¿a na niebezpieczeñstwo, rzuci³ siê przed siebie w ciemnosæ. Grzazki grunt lekko siê rozstapi³ i proboszcz po kolana zapad³ siê w b³oto. Ale ju¿ przy sobie, zaledwie o parê metrów, s³ysza³ rzê¿enie cz³owieka, oddech przyspieszony, wcisniêty gdzies nisko, jak gdyby ze dna g³êbokiej przepasci wychodzacy. W tej chwili na nowo zerwa³ siê wiatr. Gwa³townym k³êbem runa³ z wysoka. Zafalowa³o powietrze. Ksiadz Siecheñ, wykrzykujac jakies s³owa krótkie i urywane, przechyli³ siê i nagle, gdy wyda³o mu siê, ¿e zapada siê w mroczna g³ab, uczu³ pod palcami zacisniêta d³oñ. Schwyci³ ja, ju¿ ramiona tamtego cz³owieka trzyma³ w swoich ramionach, przyciagna³ je, poderwa³, jakby dzwignaæ chcia³ ogromny g³az. Mysl proboszcza pracowa³a równo i spokojnie. Zdawa³ sobie sprawê, ¿e od tej jednej minuty zale¿eæ bêdzie nie tylko ¿ycie tamtego cz³owieka, lecz i jego w³asne. Ta swiadomosæ doda³a mu si³. Czu³, ¿e si³a o jaka siebie nawet nie podejrzewa³, wstêpuje w niego i na wskros przenika. Z odleg³osci czasu nigdy nie zdo³a sobie przypomnieæ, w jaki sposób uda³o mu siê tego przypadkowo spotkanego mê¿czyznê uratowaæ. Pozostanie mu jedynie w wyobrazni ciemnosæ, a w niej okrutny ciê¿ar obcego cia³a, które przyciaga³ ku sobie kurczowym naprê¿eniem musku³ów. Mia³ wra¿enie w tej chwili, jak gdyby zwar³ siê z nieub³aganym wrogiem, jak gdyby od tego, czy zwyciê¿y, czy pozwoli siê pokonaæ, zale¿a³o nie tylko ¿ycie, lecz cos o wiele wiêkszego. Z poczatku Morawiec by³ zbyt oszo³omiony zjawieniem siê nieoczekiwanego zbawcy, aby dopomóc jego wysi³kom. Gdy jednak uczu³, ¿e ciê¿ar bagna usuwa siê powoli z piersi, wyprê¿y³ siê instynktownie, mocniej przywar³ do obejmujacych go ramion. I tak przycisniêci do siebie, z³aczeni jednym oddechem i jednym dr¿eniem, walczyli zaciekle, w skupionym milczeniu. Ksiadz Siecheñ poczu³ wyraznie pod nogami grunt. Wpar³ siê w niego mocno. Odetchna³. Tamten za to w ostatniej chwili os³ab³. G³owa opad³a mu bezsilnie, ramiona zwiotcza³y. Proboszcz pociagna³ go za soba jeszcze kilka kroków. Znajdowali siê ju¿ w lesie. Ostro¿nie wiêc, jakby mia³ do czynienia z chorym dzieckiem, u³o¿y³ mê¿czyznê na suchej ziemi. Morawiec le¿a³ bez ruchu. Ogarnê³a go niemoc podobna tej, która nasz³a go przed godzina w sza³asie. Cia³o mia³ skostnia³e, oblepione b³otem, mimo to czu³ w sobie palace bolesne goraco. Szumia³o mu w g³owie. „Mam goraczkê” - pomysla³. Nagle wyda³o mu siê, ¿e cz³owiek, który go uratowa³, odszed³. Zaniepokojony, podzwigna³ g³owê. Ksiadz Siecheñ, us³yszawszy szmer, przyklêkna³. Morawiec uspokoi³ siê. Z powrotem opar³ g³owê o ziemiê
Skuteczne pozycjonowanie
Arteria - Twój klucz do sukcesu
Pozycjonowanie
dobre programy
pobierz programy i gry, za darmo z…
projekt domu
projekt domu
apteka internetowa
Opis

Dowcipy gad¿ety dla firm pozycjonowanie stron skuteczne pozycjonowanie stron internetowych Lacoste
aparaty sklep kulturystyczny amortyzatory monitor panoramiczny meble łazienkowe Części Motobi wilga 1 stoliczek fisher price cylinder aprilia www.bioticaindia.com