|
Zofianka Dolna Lipy Gdynia Mechelinki
|
|
||||||
Akademiki Gąsawy Plebańskie
Proponujemy pokoje 3 osobowy, 60 os.Nocleg:centrum masażu, centrum turystyczne, do wody 50m, śniadania, łazienka, parawan, wanna z hydromasażem, 2 łóżka 1 osobowe,
Pensjonat Zofianka Dolna
Polecamy Pensjonat Zofianka Dolna 5 osobowe, 130 zł osoba, poza sezonem 110 zł.Wypozażenie: barek z alkocholem, aneks kuchennyWyzywienie: kolacjedo wody 1200mdiscosa
Akademiki Lipy
Oferujemy pokoje 5 os, 60 os.Nocleg:centrum spa, centrum turystyczne, do wody 500m, obiadokolacje, telewizor, koc, aneks kuchenny, łózko z dostawka, restauracje.Hellen
Willa Gdynia od plazy 900m
Willa Gdynia Sargowicka Oferta noclegi 6 osobowy. Cena 85 os.Obiekt:salon masazu, centrum urody, łózko z dostawka, radio, kuchenka gazowa, śniadania i obiadokola
Hotel Mechelinki do plazy 200m
Hotel Mechelinki Wyszogrodzka Polecamy wolne noclegi 3 os. Cena 130 os.Obiekt:salon masazu, centrum rekreacji, ekskluzywne łózka, barek, wanna z hydromasażem, ś
| |||||||
|
|
|||||||
|
ścianki działowe stewia suknie ślubneTez same widzi sprzety, tez same obicia,
Z ktoremi sie zabawiac lubil od powicia;
Lecz mniej wielkie, mniej piekne, niz sie dawniej zdaly.
I tez same portrety na scianach wisialy.
Tu Kosciuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma
Podniesionymi w niebo, miecz oburacz trzyma;
Takim byl, gdy przysiegal na stopniach oltarzow,
ze tym mieczem wypedzi z Polski trzech mocarzow
Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie
Siedzi Rejtan zalosny po wolnosci stracie,
W reku trzymna noz, ostrzem zwrocony do lona,
A przed nim lezy Fedon i zywot Katona.
Dalej Jasinski, mlodzian piekny i posepny,
Obok Korsak, towarzysz jego nieodstepny,
Stoja na szancach Pragi, na stosach Moskali,
Siekac wrogow, a Praga juz sie wkolo pali.
Nawet stary stojacy zegar kurantowy
W drewnianej szafie poznal u wniscia alkowy
I z dziecinna radoscia pociagnal za sznurek,
By stary Dabrowskiego uslyszec mazurek. Rzuci³ siê naprzód i ju¿ wczepi³ siê d³oñmi w ramiona Seweryna, gdy nisko, pomiêdzy z soba zwartymi cia³ami rozleg³ siê p³aski, bezdzwiêczny stuk wystrza³u. Nawrocki drgna³, cieñ bólu przemkna³ mu po twarzy. Ale nie puszcza³, silniej jeszcze zacisna³ palce, wyprê¿y³ siê, nogami mocno wpar³ siê w pod³ogê, jakby ca³ym soba chcia³ przygniesæ przeciwnika. Obaj byli równego wzrostu i Seweryn czu³ na ustach goracy, przyspieszony oddech tamtego, widzia³ dok³adnie jego bliska twarz. „Jaki on piêkny!” - pomysla³.
Patrzac w rozszerzone oczy Nawrockiego, strzeli³ po raz drugi. I jeszcze raz. Sta³ nie ruszajac siê, ciagle z palcem na cynglu. By³ przygotowany, ¿e to jeszcze nie koniec. Ale zaraz po trzecim strzale Nawrocki przechyli³ siê na bok ruchem miêkkim i ociê¿a³ym, rêce opad³y mu, jeszcze usi³owa³ wyciagnaæ je przed siebie, lecz chwyta³y ju¿ tylko powietrze.
By³a cisza. Niedomkniête drzwi sionki ¿a³osnie dygota³y na wietrze.
Seweryn uwa¿nie przyglada³ siê Nawrockiemu. Jeszcze sta³, szeroko rozstawiwszy nogi. Jednak w sposób widoczny s³abna³. W koszuli rozchylonej na piersiach, w obcis³ych spodniach i lsniacych butach, smuk³y i opalony, wyglada³ teraz z g³owa opadajaca do ty³u jak linoskoczek, który straciwszy nagle na wysokosciach równowagê, daremnie chce utrzymaæ w pos³uszeñstwie s³abnace miêsnie. Czas p³yna³ bardzo wolno.
Wtem Nawrocki wyprostowa³ siê i spojrzenie jego cierpieniem przymglonych oczu spoczê³o na Sewerynie. Gej¿anowskiemu serce mocniej zabi³o. Ale nie odwróci³ g³owy. Przezwyciê¿y³ pierwszy odruch strachu. Có¿ mog³o mu groziæ ze strony tego cz³owieka? Koniec. Przyja³ wiêc to spojrzenie, patrzy³ z ciekawoscia, której nie chcia³ ukryæ. „Co on teraz czuje? - mysla³. - Czy wie, ¿e umiera, ¿e to ostatnie jego chwile, czy boi siê?” Zapragna³ takiej si³y, aby móg³ wedrzeæ siê w tego cz³owieka, przeniknaæ go, zjednoczyæ siê z nim na chwilê, dojsæ razem a¿ po ów kres, który tylko tamten musia³by przekroczyæ. I w tym momencie zda³ sobie sprawê: có¿ znaczy zabiæ cz³owieka, gdy nie mo¿e siê poznaæ mysli umierajacego? Pozostawa³ sam fakt, gwa³towne przeciêcie czyjegos ¿ycia, zniszczenie jakichs planów, pragnieñ, a z tym wszystkim uczucie poni¿ajacego niedosytu. „Byæ mo¿e on teraz wie o mnie wiêcej, ni¿ ja o nim...” - pomysla³.
Ale Nawrocki daleki by³ od tego. Nie widzia³ ju¿ Gej¿anowskiego. Zdawa³ sobie sprawê, ¿e tamten stoi blisko. „Gdybym wyciagna³ rêkê - pomysla³ - dotkna³bym go.” Cierpia³ jednak tak straszliwie, i¿ oczy nie przyjmowa³y ju¿ obrazów doko³a, obojêtna i obca, le¿a³a bezkszta³tna miazga. Sam czu³ siê od tych szczatków oderwany, by³ jak gdyby poza wszystkim - samotny. Mia³ jednak zupe³nie jasna swiadomosæ swego koñca. Ale jednoczesnie wydawa³o mu siê, ¿e to nie on umiera, lecz ktos inny. By³ spokojny. I dopiero gdy ból, który rwa³ mu wnêtrznosci, w¿ar³ siê g³êbiej, uczu³ strach. Zacisna³ tylko wargi, ¿eby zd³awiæ jêk. Pogarda, jaka zawsze mia³ dla cierpienia fizycznego, od¿y³a w nim teraz, ka¿ac w bólu, który ciagle jeszcze nie osiaga³ ostatecznego dna, poszukaæ pomocy. Chcia³ do ostatecznego odruchu przytomnosci wiedzieæ, ¿e cierpi i cierpienie przezwyciê¿a. Nagle piekacy skurcz targna³ ca³ym jego cia³em. Oszo³omiony, obja³ brzuch d³oñmi, przyklêkna³, ale ju¿ tylko pó³swiadomie zdawa³ sobie sprawê z tego, co siê dzieje. Upad³.
Seweryn odetchna³. Schowa³ rewolwer i spojrza³ na zegarek: by³o piêæ po dziesiatej. Zdziwi³ siê, ¿e tak krótko to wszystko trwa³o, mia³ bowiem wra¿enie, ¿e znajdowa³ siê w tym pokoju ju¿ od bardzo dawna.
Nawrocki nie rusza³ siê. Le¿a³ na wznak i czy pod³oga by³a krzywa, czy te¿ swiat³o w ten sposób na niego pada³o, robi³ wra¿enie, jakby g³owê mia³ umieszczona o wiele ni¿ej od nóg. Dziêki temu wydawa³ siê niezwykle d³ugi. Ale gdy Seweryn nachyli³ siê, cia³o odzyska³o normalna miarê. Chcac upewniæ siê, przy³o¿y³ ucho do serca: nie bi³o. A wiêc po wszystkim. Zdawa³ sobie sprawê, ¿e powinien natychmiast stad odejsæ. Dopiero teraz zorientowa³ siê, na jak nieobliczalne pusci³ siê ryzyko. Anna mog³a przecie¿ nadejsæ ka¿dej chwili. Mimo to nie rusza³ siê. Cos, czego nie umia³ nazwaæ, ale co by³o silniejsze od rozsadku, nie pozwala³o mu oderwaæ oczu od zmar³ego. Twarz Nawrockiego, w ciagu ostatnich chwil zmieniona przez ból, teraz odzyskiwa³a swój dawny, m³odzieñczy wyglad. Spokój nasyca³ ciemne rzêsy i lekko rozchylone usta z³udzeniem snu, nad harmonijnym przegiêciem szyi i naturalnym u³o¿eniem ramion zdawa³ siê czuwaæ odpoczynek. Ale ju¿ cokolwiek dalej krwawe plamy lepiace koszulê na piersiach i na brzuchu rozprasza³y to wra¿enie.
Seweryn odsuna³ siê i podniós³ d³onie do swiat³a. By³y czyste. Ale wiêcej nie pochyli³ siê nad le¿acym. Ogarnê³o go zmêczenie. „Jutro o tej porze bêdê daleko - pomysla³. - Podejrzenia? Oczywiscie padna w pierwszym rzêdzie na Annê...”
To mu przypomnia³o, ¿e musi stad szybko odejsæ. swiat³a nie zgasi³, starannie tylko zamkna³ za soba drzwi. By³ ju¿ na dworze, gdy od drogi dobieg³ go bliski plusk b³ota. Ktos szed³. O powrocie nie móg³ teraz mysleæ. Cofna³ siê za róg chaty i czeka³.
Dostrzeg³szy w g³êbi ciemnosci cieniutka i dygocaca nierówno na wietrze smugê swiat³a, Anna zatrzyma³a siê. „To u niego swieci siê” - pomysla³a. I wyobrazi³a sobie chwilê, w której, gdy bêdzie ju¿ po wszystkim, poprosi Nawrockiego, aby wpusci³ do pokoju nieco swie¿ego powietrza. W razie gdyby poprzesta³ na uchyleniu okna, bêdzie musia³a zawo³aæ: „Ale¿ nie tak, szerzej, przecie¿ tutaj udusiæ siê mo¿na!” Wtedy Nawrocki otworzy okno na rozcie¿. A co dalej? Ostry dreszcz nia targna³. Przyspieszone pulsowanie serca zmusi³o ja do wsparcia siê o p³ot. Przymknê³a oczy. W pierwszej chwili mia³a wra¿enie, ¿e usuwa siê w przepasæ. Silniej wiêc uczepi³a siê chropowatej ¿erdzi. Sta³a bez ruchu, jakby w odrêtwieniu swego cia³a szuka³a ratunku.
Wiatr krêtymi podmuchami wi³ siê pomiêdzy op³otkami. Pomimo ciemnosci czu³o siê bliska obecnosæ nieba: niewidzialne chmury zdawa³y siê p³ynaæ tu¿ ponad g³owa. To ich ciê¿ar musia³ przygniataæ szeleszczace doko³a drzewa. Niespodziewanie zaleg³a cisza.
Anna wyprostowa³a siê: „Wrócê” - postanowi³a. I ju¿ uczyni³a kilka kroków w kierunku powrotnym, gdy zda³a sobie sprawê, ¿e Litowka wyszed³ na pewno z domu i znajduje siê gdzies w pobli¿u. W ka¿dym razie na szosie musia³aby siê na niego natknaæ. Innej zas drogi prócz tej, która przysz³a, nie by³o. Zawróci³a wiêc. Znowu zerwa³ siê wiatr, ostro zacina³ od otwartej przestrzeni nadzelwiañskich ³ak.
Anna sz³a powoli wzd³u¿ p³otu, starajac siê wsród b³otnistej drogi wybieraæ co suchsze miejsca. Mia³a wprawdzie przy sobie latarkê, pamiêta³a jednak o ¿yczeniu Litowki, aby usi³owa³a siê przedostaæ do Nawrockiego nie zauwa¿ona. „Byle tylko skoñczyæ z tym wszystkim - mysla³a - wróciæ do domu, po³o¿yæ siê, zasnaæ...” W tej chwili nie mia³o dla niej ¿adnego znaczenia, co stanie siê jutro. Nie siêga³a mysla poza dzisiejsza noc. Ale nie by³o w tym nic nowego. Jak¿e dobrze i z jak wielu nocy zna³a ów stan nerwowego napiêcia, który, jak gdyby pogodzony z jej zewnêtrznym odrêtwieniem, zaciesnia³ czas do najbli¿szych godzin, na wszystkie dalsze rzucajac ciê¿ki i gêsty cieñ. Nieraz w takich chwilach wydawa³o siê jej, ¿e u tej bliskiej, choæ niejasno rysujacej siê granicy - umrze. Nie ba³a siê wtedy smierci. Mysla³a o niej jak o odpoczynku. I wszystko, co wówczas czyni³a, robi³o na niej wra¿enie powolnego zbli¿ania siê do d³ugiego snu. Wzrasta³a w niej jednoczesnie swiadomosæ w³asnej odrêbnosci. Ka¿dy swój ruch, ka¿da mysl odczuwa³a jak nale¿ace do istoty jedynej i niepowtarzalnej. Czêsto w takich wypadkach przypomina³ siê jej sen, który prze¿y³a przed wielu latami w okolicznosciach dosæ niezwyk³ych. Mia³a wtedy czternascie najwy¿ej lat, sta³o siê to bowiem w nieca³e dwa lata po smierci matki. Niedaleko domu Podhaliczów, przy koñcu waskiej i starymi ruderami zabudowanej uliczki, w dolinie, u której dalekiego kresu sina smuga znaczy³y siê lasy, le¿a³ rozleg³y staw. Gdy nastawa³y ciep³e dni, wszystkie dzieci z miasteczka zbiega³y siê tam do kapieli. Pomimo zakazu opiekunów Annie udawa³o siê czasami wymknaæ z domu. Có¿ to by³a za radosæ znalezæ siê wsród wolnej przestrzeni, pod niebem pe³nym s³oñca, na wietrze, który wynurzajace siê z wody cia³o natychmiast osusza³. Anna nie umia³a p³ywaæ. Chcieli ja wprawdzie uczyæ znajomi ch³opcy, zawsze jednak, gdy przysz³o do przekroczenia p³ytkiego pasma w pobli¿u brzegu, brak³o jej odwagi. Nie umia³a przezwyciê¿yæ strachu, jaki w równym stopniu co zachwyt, ogarnia³ ja wobec tej spokojnej i rozleg³ej przestrzeni. Ale raz, w pewien upalny dzieñ lata, zdarzy³o siê, ¿e zapomniawszy na chwilê o ostro¿nosci posunê³a siê cokolwiek dalej w g³ab i gdy nagle straci³a grunt pod nogami, by³o ju¿ za pózno, aby mog³a zawróciæ. Wtedy to w³asnie, w ciagu kilku minut, zanim rybacy wyciagnêli ja z wody nieprzytomna, przysni³ siê jej ów dziwny sen. Ujrza³a siebie w d³ugiej, bia³ej szacie u stóp ogromnych, wysoko ku górze spiêtrzonych schodów. Purpurowa materia okrywa³a stopnie, a doko³a równymi rzêdami, niby promienie s³oneczne zastyg³e w locie, bieg³y smuk³e i strzeliste z³ote kolumny. Nie zdajac sobie sprawy, gdzie siê znajduje, instynktem raczej kierujac siê ni¿ okreslonym celem, zaczê³a powoli wspinaæ siê po schodach. Wtedy kolumny, jakby nagle o¿y³y - zafalowa³y spiewnie i podobne swiat³u, które gra pe³nia po³udniowego blasku na dojrza³ych drzewach, poczê³y p³ynaæ ku górze. Uczu³a siê wtedy, jak nigdy jeszcze dotad, lekka i radosna. Nagle zda³a sobie sprawê, ¿e z chwila, gdy znajdzie siê na szczycie schodów, bêdzie musia³a z nadmiaru szczêscia umrzeæ | |||||||